Jesień nieskazitelna - październik 2006
Ileż radości może dać zaproszenie bezdomnych, żebrzących cyganek na ciacho i gorącą herbatę. Siedziały obok mnie jak dwa serca, jak dwa zabłąkane serca. Dwa przerażone serca. Ich ręce spierzchnięte, zmarznięte, zaniedbane, brudne i takie kochane. To te ręce każdego dnia wyciągają o parę groszy. Te ręce przeniknęła jakaś świętość.
Jest we mnie potrzeba i pragnienie jakiejś nadzwyczajności, cudowności, metafizyki. I nie jest to wymysłem czy dziwactwem. Jest raczej spełnieniem za każdym razem, gdy widzę, przeżywam, odczuwam, dostrzegam świat. Są momenty, w których naraz wszystko staje się dla mnie poezją. Wszystko mogłabym przemienić w poezję słowa. Z tej potrzeby, z tej zdolności obcowania z nadzwyczajnością, cudownością i metafizyką próbowano mnie obedrzeć. Próbowano odebrać to, co najbardziej liczyło się w moim życiu. Być może dlatego zabawiano się moim sercem. Ale nadzwyczajność jest nieosiągalna i niemożliwie bliska. Poniewierając mną ktoś miał nadzieję, że zapomnę, że utracę, że zrezygnuję z tego, co nadzwyczajne i metafizyczne. Nie przypuszczając, że im bardziej będę sponiewierana, tym bardziej nadzwyczajność będzie mi towarzyszyć. Aż dojdzie do takiego momentu, że stanie się przerażająco jawna. Że słowa staną się chmurami, które rozstępują się przed ogniem znaczeń.
Stworzyłam w sobie nowe serce, tak jak nauczał 600 lat temu Savanarola: "trzeba stworzyć nowe serce, otrząsnąć się z próżności i niegodziwości świata".
Spotykam Aleksandrę. Francuzkę która jest w szkole aktorskiej. Pamiętam nasze spotkanie w mojej kawiarni, gdy recytowała Krasińskiego. Jej twarz zmieniła się, jej głos przeszywał, jej gesty zaskakiwały. Ta dziewczyna nie tylko ma wielki talent, ale jest niezwykle piękna.
Regularnie chodzę na aerobik z elementami walk wschodu. Ileż uderzeń pięściami, ileż kopnięć nogami czy myślę wtedy o swoich wrogach?
Festiwal polifonia w Katowicach. Początek października. Jesień nieskazitelna, aż trudno zrozumieć spod czyich wyszła rąk. Skąd to światło leniwe, zachwycone, łagodniejące. Na festiwalu pojawiło się mnóstwo poetów. Dzięki temu poznałam Emanuela Baczewskiego tego od "Fortepianu". Ucieszyłam się ze spotkania bo od bardzo dawna chciałam go spotkać. Nigdy nie zapomnę jego dziesięciu argumentów na istnienie Boga to jeden z najpiękniejszych tekstów lat 90-tych! No i Marcinkiewicz jakby trzymający się na dystans. Ale prawdziwą rewelacją było spotkania poetki z jakiejś odległej wsi gdzieś koło Białegostoku. Ta dziewczyna to rewelacja! Cokolwiek nie mówiła wszystko było jak wersy z wiersza! Cała była jednym, kruchym, chodzącym wierszem. Nic dziwnego, że jako miłośniczka poezji asystowałam jej prawie przez cały czas. Zadając jej najrozmaitsze pytania od konwencjonalnych po najbardziej szokujące i prowokacyjne. Od pytania czy była zakochana do pytania czy się jej podobam. A ona na to: jak koleżanka czy jak lesbijka? Oczywiście, że tak jak lesbijka. Cóż, stwierdziła że lesbinizm to najsmutniejsza rzecz na świecie. Może nie tyle najsmutniejsza, co niekiedy przysparzająca wiele problemów. Oczywiście napisałam już o niej wiersz, tytuł wiersza lekko kiczowaty, ale słodki tak jak ona: dziewczyna w słomkowym kapeluszu.
Czy uciekam od rzeczywistości? Ale czym jest rzeczywistość, jeśli nie zbieranina czegoś przypadkowego. Przypadkowego? Niekiedy przyczynowość wydaje się tak doskonała. A jednak czy rzeczywiście rzeczywistość jest nam potrzebna do życia duchowego?
Rzeczywistość jest wartością umowną, naszą subiektywna naocznością, gdybyśmy odkryli obiektywizm rzeczywistości bylibyśmy oświeconymi. Ktoś zapyta co z twardą rzeczywistością? Już odpowiadam: twarda rzeczywistość to rozpraszanie właściwej siły na mnóstwo niepotrzebnych zabiegów, działań, usiłowań.
W Polsce wyczuwam jakiś mechanizm niszczenia talentu. Choćbyś się zesrał drutem kolczastym i tak będą przemilczać i udawać, że ciebie nie ma. I jeszcze ta zaściankowość, która pokutuje w każdym kąciku kultury i sztuki. Pokutuje po cichutku tak by nikomu nie przeszkodzić w błogostanie leniwego snu, czyli snucia się po opłotkach intelektualnych, myślowych i duchowych. Pokutuje przewrotnie nadając znaczenie temu, co bez znaczenia i odbierając znaczenie temu, co ma znaczenie.
Wracając do festiwalu polifonia. Oto wielka dyskusja na temat prozy polskiej i czego się dowiadujemy właściwie niczego, poza powtarzanym w regularnych odstępach, co ileś tam minut słowo: Masłowska. Nie wiem jak ci ludzie radzą sobie ze swoim umysłem, ale to pachnie mi jakimś przerażającym wpuszczeniem go w kanał. Czy nie szkoda inteligencji? Czy nie szkoda myślenia by oddawać go na usługi?
Habit, czy habitem można manifestować miłość do Boga? Jakby ten habit miał wszystko wytłumaczyć. Ale miłość do Boga jest jak chodzenie po ostrzu noża.
Pewna dziewczyna mi mówi, że powinnam grać w zamku w Transylwanii. Czyli znów jestem wampirem! Co za gówniane czasy. Nic tylko albo wampir albo czarownica. O wampirach już napisałam, co miałam do powiedzenia w moim eseju o Cocteau. Nic dziwnego, to dziewczę jest z Wrocławia. A przecież nie gdzie indziej jak właśnie we Wrocławiu nasłuchałam się opowiastek jakobym była wampirem, że nawet płaszcz nosze wampira! I kto to mówił? Czcigodni i wielce intelektualni studenci wrocławskiej filozofii. Dziewczę nazywa się Aldona Kopkowska. Co to za jedna? Cholera wie, szwenda się za poetami jak jakaś markietanka.
Jestem na urodzinach wydawnictwa Czarne w Dymie. Mnóstwo ludzi, swoja prozę czyta Malicki i Varga. Spotkanie prowadzi Agnieszka Wolny - Hamkało.
Dopiero spotkania towarzyskie uświadamiają mi jak bardzo jestem poza i jak to poza jest mi niezbędne. Ciągle szukam rzeczy niemożliwych. I o dziwo znajduje je!
Czy istnieje coś takiego jak prawda literacka?
Gdyby oprzeć teksty nie na rozumie, ale na intuicji i wyobraźni.
Pisać wiersz w rytmie czyichś śladów
Jest Pani najpiękniejszą kobietą jaką widziałem w swoim życiu - powiedział jakiś facet o wyglądzie co najmniej dziwnym, by nie powiedzieć podejrzanym. Słowem jakiś sztajf.
Dziwne, ale ta wypowiedź stała się dla mnie ważna i mająca dla mnie znaczenie. Nie dlatego, że padło słowo piękna, ale dlatego, że padło słowo życie. Być może byłam dla niego jakimś szczególnym momentem w tym brudzie, smrodzie i ubóstwie.
Jesteś głupia bo nie jesteś głupia
To mój nowy wynalazek myślowy
Jak wam się podoba?
Albo:
Nie odkładaj każdego dnia na później!
Albo:
Nie bądź głupia i bądź głupia
Spotkanie z Ewa Wawrzyńską, moją byłą studentką Studium Literacko-Artystycznego.
Mówi mi, że w moich nowych wierszach utraciłam swój język. Żeby tylko, wiem, że przez moją depresję utraciłam coś z siebie. I nie chodzi wcale o dobry czy zły humor, o takie czy inne nastroje, ale o coś ważniejszego i głębszego. Nie wiem, co mogłoby mi przywrócić moje dawne to coś. To tak jakby ktoś wyrwał coś ze mnie. Niby ta sama Ewa Sonnenberg, ale już inna Ewa Sonnenberg. Depresja jest szczególną choroba. Depresja degraduje człowieka. Nie pozwala mu być takim jakim jest przeznaczony żeby był.
Promocja antologii poezji francuskiej w instytucie francuskim na stolarskiej. Zaproszono Michela Deguy. Spotkałam go już kiedyś w Krakowie przy dziwnej okazji występu w Villi Decjusza. Już wtedy sprawiał wrażenie osoby w której zarozumiałość osiągnęła szczególny sposób autokreacji. To chyba polega na tym że taki ktoś czuje się jak pomnik. No i co z takim pomnikiem można robić? W Instytucie przeczytał z antologii tylko dwa wiersze, a potem dyskutował z Adamem Zagajewskim na temat sytuacji w poezji francuskiej. Przy okazji zdążył powiedzieć, że "Miłosz był głuchy jak pień". No tak, gdzie jak gdzie, ale powiedzieć coś takiego w Krakowie! "Coś takiego w Krakowie!" wykrzyknął Hieronim Szczur, który razem ze mną przeżywał męki słuchania zadufano - intelektualnych wywodów Deguy. Hieronim przeżywał męki podwójne bo na spotkania przyszedł prosto z gabinetu dentystycznego, w którym to gabinecie wyrwali mu zęba! I oto pojawia się poeta z wyrwanym zębem by posłuchać innego poety z wyrwanym poczuciem pokory.
Wyrwany ząb to jeszcze nic, gorzej jak chcą nam wyrwać to w co wierzymy, niekiedy nawet duszę. Znamy te gabinety upozorowanych uśmiechów i zainscenizowanych scenek.
Gdy ktoś mówi, że Einstein zbuntował się wobec tradycyjnemu pojmowania światła.
Gdy ktoś mówi, że w metafizyce powinna być matematyka.
Gdy ktoś mówi, że krzyku nie ma.
Wtedy dostrzegam siebie. Próbę zrównania się ze słońcem by mrok zaćmienia odbarwił wszelką łatwość myśli. Myślenie salonowe, w którym schemat przekreśla właściwe zrozumienie. Myślenie barowe, w którym uproszczenie pustoszy i niszczy. Więc jak myśleć by być w harmonii z drzewem? Jak myśleć i czy w ogóle myśleć by niczego nie uronić ze świata?
Nad przepaścią słów pojawiają się wilki znaczeń
Wygłodniałe krążą wokół przedmiotów
Rzeczy patrzą obojętnie jakby z wyrzutem
Że znamy ich nazwy
Czy chcą by dostrzec w nich inne znaczenia
Porozrzucane po szalach przypadkowych zwierzeń
Odbijają się w tarczy księżyców których jest tyle ile naszych oczekiwań
Co znaczą nasze gesty
Słodzenie herbaty jest jak niepewność
Zapalanie papierosa jak czekanie
W tych zwyczajnych czynnościach kryje się coś szczególnego?
Kto wyznacza im granice?
A przedmioty znów swoje
Po omacku szukają drogi do nas
Jakby wołały przez ścianę ze szkła
Ale ich krzyk - niewidoczny lub niemy
Może był jak błysk na jakimś drobiazgu
To wszystko egzaltowane lub chłodne
Przestawianie rzeczy z miejsca na miejsce
Syndrom "nowych butów" Nowe buty ubiera się na randkę, które niezgrabnie skradają się pod stołem do swojej wybranki. Wybranką są dwie ekstatyczne szpilki lub pociągłe, gotyckie botki. Nowe buty uwierają realności, są jakby jej wyrzutem sumienia, jej słabym punktem w demobilizacji szczegółów.
Pociąg relacji Kraków - Wrocław. Jakby się wydawało pociąg nie byle jaki bo intercity. A tutaj naraz tuz za Krakowem pociąg zaczyna się palić. Biało od dymu. W przedziałach totalna panika. Ludzie wyskakują z pociągu, ktoś pociągnął za hamulec bezpieczeństwa, stajemy w szczerym polu. Co ciekawe i ja uległam panice i co w tej sytuacji wzięłam ze sobą? Torebkę z wierszami i plecak z kosmetykami! Wiersze jak wiersze, ale te kosmetyki! Zostawiła nawet komputer. Nie mówiąc już o walizce.
Wrocław. Sprawa tego miasta wciąż żywa. Te rany, te walki, te potrzaski, te spiski, te pułapki, te intrygi. Wracając tutaj wracam jakby do odczucia zranienia. Jak odbierać miasto, które było sprawcą tak wiele złego w moim życiu. Opowieści tego miasta nie są szczere. To po tym mieście zostały mi blizny, które wciąż otwierają się i krzyczą. Słyszę je za dnia i w nocy. Czy kiedykolwiek się uciszą? Po przyjeździe zastaje pustkę. Jakby z mojego mieszkania wyprowadziły się wszystkie duchy. Gdzież to podział się genius loci, być może wyjechał na wakacje albo do sanatorium albo przeprowadził się w jego tylko znane miejsce.
Śnieg. Znów śnieg na Świdnickiej. Delikatnie prószy tak jak wtedy gdy ...pisałam wiersz Niepewność. Gdybym... Minęło tyle lat, a nie dowiedziałam się do kogo tak naprawdę pisałam ten wiersz. I kto wyszeptał mi go do ucha. Bo ten wiersz zanim został zapisany został mi wyszeptany. Być może było to natchnienie. Być może. Z kim połączył mnie ten śnieg?
Z kim jeśli strzegę pewnych słów jakby należały tylko do nas, nie wiedząc czym to my jest.
Jestem na Wrzosowej. Opuszczony dom rodziców. Dom, w którym powstało tak wiele moich wierszy. Dom, z którego moi rodzice musieli uciekać.
Najpierw była Wenecja i portret "Młodzieńca" Lorenzo Lotta w Museum Accademia. Potem był Paryż i wystawa retrospektywna Lorenza Lotta i oczywiście znów obecność "Młodzieńca". Nie wiem dlaczego, ale ten obraz budził we mnie wielkie emocje. Ileż razy wracałam do tego obrazu. Czy był wysłowieniem ideału? Gdy go spotkałam to było tak jakbym spotkała tego młodzieńcem o ileś lat później. Nie ważne, że portret powstał pięćset lat temu, nie ważne, że teraz jest teraz. I naraz ta sama twarz napiętnowana smutkiem, te same oczy, takie oczy płaczą bez łez. Ta sama melancholia w zarysie ramion. Ta sama gorycz w kącikach ust. I to samo olśniewające światło w uśmiechu. Ta sama delikatność rąk.
Nakładanie się czasu na czas. Ta obojętność w namiętności. Ta namiętność w obojętności.
Wielki wybuch wciąż nas dotyczy. Wciąż bierzemy udział współtworząc galaktyki, drogi mleczne, planety, gwiazdy. Wielki wybuch, który miał miejsce w moim życiu. Mój prywatny Big Bang, podczas którego powstały nowe galaktyki moich przyjaźni, nowe planety mojego serca.
Zajęcia w Studium Literacko ? Artystycznym. Oto mam uczyć pisania w Szkole Pisania ze świadomością, że pisania nie można nauczyć. Czyli uczę czegoś, czego nauczyć nie można. Cóż, paradoksy są moją specjalnością.
Niektórzy z tych młodych ludzi dobrze myślą. Dobrze myślą, a nie umieją pisać. Może pisanie jest niezależne od myślenia. Jedno wiem pisanie jest tajemnicą. I ta cudowna niepewność każdego następnego tekstu. I ta niesamowita droga przeczuć.
Jedna ze studentek na pytanie po co pisze napisała: Gdybym to napisała byłoby mi trudniej.
Zafascynowało mnie to zdanie. To zdanie startuje z pewnego pułapu. I to z tego najwyższego.
Na wykładach przywołałam kapitalne stwierdzenie pewnego hiszpańskiego prozaika, który stwierdził, że w Hiszpanii jest teraz moda na pisanie wierszy. Stary czy młody, głupi czy mądry, utalentowany czy beztalencie, poeta czy grafoman oddają się sztuce pisania wierszy. Dochodzi do tego, że czcigodni urzędnicy po powrocie z teczuszkami do domu wkładają swoje papcie i tworzą. O efektach nie wspomnę. Hiszpański prozaik nazwał ich kapciowymi poetami. Ale poezja może być różna np. pościelowa, taka na och i ach, albo zasznurowana zapięta na ostatni guzik, lub poezja ostrożna, wyrachowana obliczona na tani efekt, nie wspomnę o poezji mechanicznej z doskonałym warsztatem, w której nie ma ani krzty ducha. Można by mnożyć te abberacje poetyckie. Nie mówiąc już innych abberacjach.
Np. zapach perfum. Nie wiem dlaczego, ale są dla mnie kwintesencją kobiecości, połączenia ich skóry, wilgoci i temperatury. Ile zapachów perfum tyleż kobiet. Zapach Lou lou przypomina mi pewna czarnulkę, kosmiczna ślicznotkę o oczach kota. Zapach Opium każe mi wracać do mojej femme fatal, dla której z delikatnego chłopca stałam się brutalem (haha).Zapach "Jungle" to kobieta w sukience koniecznie w kwiaty, która mimochodem musnęła twoją rękę. Albo zapach Coco, który przypomina mi pewną zagubioną dziewczynę. Itd. Mogłabym mnożyć w nieskończoność. Kobiety zapamiętuję zapachem. A mężczyzn?
A to tajemnica.
Miłość może być złudzeniem, ale jakże miłym złudzeniem. Miłość potrzebuje słów:
Zadedykuj mi wszystkie nocy, bym mogła z nich czytać jak z twojego ciała.
Może słowa miłości dziwią się sobie, jedno przez drugie próbuje ukoić niecierpliwość.
Jakaś para zakochanych rozmawia o kupnie i wielkości łóżka. Nic dziwnego, jakby nie było łóżko to ich warsztat pracy.
Ja jednak wolę uprawiać miłość ze słowami.
Co przesypuje się między palcami? Czas? Te wszystkie wystawy, wernisaże, wieczory poetyckie, koncerty, spektakle, balety jakbym po prostu nie wiedział co ze sobą zrobić. Jakby to miało coś zagłuszyć, ale co? Tego nie wiem. Lub jakbym czegoś poszukiwała, ale czego? Inspiracji? Zdałam sobie sprawę z lokalności tego wszystkiego, z wąskiego i okrojonego wymiaru.
Spektakl butoh w Centrum Manggha. (7.11.2006) Tytuł spektaklu: wszechświat w kropli.
Coś w tym jest. Przypomniałam sobie moment gdy idąc Małym Rynkiem na rękę spadła mi kropla deszczu. Była tak ciężka i wielka, a może to był wszechświat? Moja ręka i ręka tancerza, który rozpoczął spektakl tańcem rąk: hipnotycznym i jakby ze snu. I jeszcze ta ręka, która spragniona jest dotyku. Butoh to wyrażanie ciałem namiętności duszy. Butoh uważany jest za mroczny taniec, bo polega na obnażaniu własnej duszy. Na dotarciu do najgłębszych pokładów naszego ja. A to bywa trudne i niekiedy ocierające się o szaleństwo. Jakie piekła przebywają w ludzkich duszach? Jakie walki?
Submitted by admin on 9. November 2006 - 10:50.
- Login to post comments