Languages

hasła na stronie

Betonowe pastwiska żywią powtarzającym się motywem:
- Na prawo, marsz! Na lewo, marsz! W tył zwrot!

Instruktarz:
Weź pod uwagę to ze pod każdym słowem ukrywa się inne słowo
każdy obraz jest drzwiami do których tylko ty masz klucz
może pod każdym imieniem jest jedna i ta sama osoba
jedna i ta sama ale która forma istnienia?

***

Ile było w nas nas samych i wielokrotności jednego słowa
Na obczyźnie tymczasowych dni które zmierzały ku jednemu
Ile razy wdzieraliśmy się w niebezpieczeństwo
By patrzeć na wielokrotność jednej i tej samej bramy
Bariera ciała wołała o nowe ja i iluzja miasta unaoczniała nową przestrzeń
Jedno Imię dzielone na odwagę i kaskaderstwo walki
Ile było łez które ożywiały nasze stopy by znów rozpoczynać od nowa
Wciąż od nowa na przekór by wielkość siły znaczyła drogi tym co uwierzyli
Ile było gwiazd w których przemywaliśmy ten nieustanny trud podążania
Ile gwiazdozbiorów które czuwały nad naszym oddechem i spotykały w nas siebie
By utrudzone Niebo przez chwile zaufało w wytrwałość kogoś kto przebywa na Ziemi
Ile dni zapatrzonych w słońce z emblematem czerwonego ptaka
Wiatr przynosił zapach przyjaciela i rzęsa światła spadała pod stopy
Ile nocy w których zamienialiśmy ciężar snu na złoty kruszec wierszy
Jak brokat śladów gdy spacerowaliśmy między chmurami
Ile razy księżyc zabłysnął w ostrzu naszego gniewu
Gdy tańczyliśmy na płonących polach śmierci
Marząc o spotkaniu z Bogiem byliśmy spragnieni ognia i krwi
Ile było wzruszeń gdy szelest róż zamieniał się w słowa: jestem miłość
Jesteś w ogniu miecza czas który płynie światłem pod skórą moich słów
Kwiaty gnane wiatrem jakby wokół panowało pustkowie pustyni
I zwinięte ciało róży która czeka na jedną kroplę wody
Ile było deszczy by w tym z krzyku ciała otrzymać najważniejsze przesłanie

Ewa Sonnenberg


Zaklęcia miłosne

Jakiego koloru jest niebo w
Jakie drzewo jest twoim przyjacielem?
O czym myśli wiatr na twojej ulicy?
Czy już wiesz jaką gwiazdę ci dałam?
Jak bardzo słońce pragnie księżyca?
Jak bardzo księżyc wyczekuje słońca?
Na jaką porę roku wychodzą twoje okna?
Na jaką część duszy otwierają się twoje drzwi?
W czyich oczach odnajdujesz siebie?
W jakim słowie mogę cię odnaleźć?
Jaka melodia światła ci towarzyszy?
Czy pamiętasz naszą pierwszą rozmowę?
Czy pamiętasz nasze ostatnie spojrzenie?
Jakie imiona mają twoje ślady?
W którą stronę świata odwracasz głowę?
Która strona świata jest ci najbliższa?
Czy poczęstujesz mnie kiedyś swoim papierosem?
Czy poczęstujesz mnie swoją wrażliwością?
Czy swoimi myślami dotykasz czasami moich myśli?
Czy twoja niepewność rozmawia niekiedy z moją niepewnością?
Który ze światów zapraszasz na kawę?
Czy odległość nas dzieli?

Twoja odpowiedź jest odpowiedzią wszechświata
Twój gest jest gestem nieba
Nie pozwól by światło odeszło z twojego oddechu
Nie pozwól bym zapomniała o tobie

Nie wiem skąd ale nadszedł
Na pustyni pojawiła się łąka
Być może spełniał marzenia
Marzenia dzieciństwa
W których tkwi cała wiedza o czułości

Tyle naobiecywała nam młodość
Czy była naszym złudzeniem?

Nagle wrażliwość
I serce światła jak most między nami

Zrezygnowaliśmy z siebie dla siebie

Pozostała nieustającym pytaniem
Pozostała dotykiem bez skazy

Rytm gwiazd to rytm twoich stóp

Miłość to rozpaczliwe szukanie bliskość, tej właściwej bliskości, której nikt nigdy nie zaznał
bo materialne oddziela nas od niej. To właśnie ciało, które szuka tej bliskości od tej bliskości oddziela. Ciało, które pragnie miłości jednocześnie jest tamą na miłości. Szukamy więc dalej szukamy kogoś, kto byłby do nas podobny, dlaczego podobny? Srebrny klaun, który żongluje na rynku siedzi na ławce pijany i zwierza się: ona nigdy nie czuje tego, co ja. Ta potrzeba wspólnego odczuwania, współodczuwania czy w ogóle jest możliwa? Czy możliwe jest by w tym samym momencie myśleć o tym samym? By w tej samej chwili odczuć to samo ciepło w sercu? Nie wiem skąd, ale nadszedł i był moją ukochaną złotą rybką i kobiecą kawiarenką "Mille fiori" i małą chińską dziewczynką i gwiazdą, której nigdy nie zauważył. Jego ręce, jego delikatne kruche ręce były jak maleńki japoński mostek w ogrodzie zen. Jego zadumane palce wciąż zmagające się z myślą o dotyku? Czego te kruche palce chciałyby dotykać? W jakiej rzece chciałyby się zanurzyć by zapomnieć. I wołam twoje palce po kryjomu by nikt mnie nie usłyszał. To ciche wołanie, które odbija się echem gdzieś wysoko w górze i zabarwia niebo na różowy kolor. I wszystko wokół zanurza się jakby w różowym roztworze oczekiwania. Palce, w których dostrzegliśmy blask emanujący jak z jakiejś chińskiej świątyni. Karmie swoje wątpliwości tym blaskiem i odchodzę bardziej pewna. By znów samotnie rozdzielać światło na każdym pojedynczym liściu, które wlewa się do mojego pokoju z okna. Okno może być na jakiś krajobraz, który należy oswoić, przyzwyczaić się, przywyknąć, ale może też być okno nad przepaścią i wtedy widzimy jak nad tą przepaścią stoi jakiś skrzypek, wiatr rozwiewa mu włosy a on gra Bacha... Jaki utwór? Jest też okno na wyobraźnię. Ten szczególny rodzaj rozedrgania gdy każda rzecz nie tylko ma nazwę, ale imię, przyzwyczajenia i skłonności. Nie wiem skąd, ale nadszedł na pustyni pojawiła się łąka. Te trawy stworzone dla naszych stóp. Stóp, które są zadziwieniem, że biegną do ciebie. Stóp które są zbyt niepewne by w to uwierzyć. Stopy wykradzione wzrokiem, te nagie stopy w samym środku nocy, które upewniają w przekonaniu, że są najbardziej świętą przestrzenią człowieka. To znów bose stopy w tańcu, jeśli zostanie coś wspomnieniem, to nagie stopy, które mówią, że są przyjacielem. I stopy, które mówią przebacz mi, że pozwoliłem ci zauważyć. To stopy parając się czekaniem, znają najbardziej tajemnicze zaułki tęsknoty. I to ja byłam tą, która zobaczyła twoje stopy, nagie i bezbronne. I ta chwila gdy to zauważyłeś. Już wtedy zrozumieliśmy że słowa są niepotrzebne. Gdybyśmy umieli wejrzeć w siebie, o ile łatwiej byłoby wypowiadać słowa. Gdybyśmy zawierzyli swoim uczuciom, o ile bardziej potrafilibyśmy się zrozumieć. I znów to powietrze, które przychodzi do nas z miliarda lat świetlnych. I znów ten bezkres, który delikatnie trąca o naszą skórę. Najpierw uporamy się ze sobą potem z tym bezkresem. A może odwrotnie? Taksówkarz, który mnie wiezie pyta: czy kiedykolwiek się w życiu spotkamy? No właśnie, w którym życiu się spotkamy? A może właśnie się spotkaliśmy? To ciągłe pojawianie się w różnych epokach. To ciągłe mijanie się z tym, co właściwe. Ta nieustanna odyseja poszukiwania. To nieustanne powtarzanie motywu: spotkań i rozstań. Gdy ty będziesz ty wtedy niebo będzie nam sprzyjało. Wtedy cały świat będzie nam opowiadał o nas. Najprzyjemniejsze jest łowienie spojrzeń. Najmilsze są te z daleka jakbyśmy pokpiwali sobie z odległości i przestrzeni. Znajdujemy siebie wciąż znajdujemy w samotności i w tłumie. Przypływam wtedy do ciebie na łódce oka. Przypływam na drugi brzeg twojego zawstydzenia dotykając twojego języka. Przedmioty chichoczą, ale my pozwalamy im na to pokpiwanie z naszej uległości. Uległość, tak, to właściwe słowo. Od kiedy uległość stała się potrzebą. Jedna z wielu podpowiedzi, których nie zawsze masz ochotę usłyszeć. Zgiełk powierzchowności, który wkrada się w twoje poszukiwania. Czy wciąż poszukujesz? Miłość to uwierzyć, uwierzyć od nowa, że może być lepiej. Jak lepiej? Tego nie wiemy, ale czasami przeczuwamy. I wtedy kwitną jabłonie w ogrodzie dzieciństwa. Nie wiem dlaczego, ale ich białe kwiaty to biel twojej skóry. Tak samo czuła i wrażliwa na każdy powiew wiatru. A wiatr jest naszym posłańcem. Znamy jego święta mowę, znamy jego myśli, znamy jego historię. Przepłynąć między twoimi palcami, stać się deszczem, rzeką, powietrzem, przepłynąć między twoimi palcami. Twoje palce połączone nierozerwalnie z twoją wrażliwością. Przepłynąć między twoimi palcami zaznać twojej wrażliwości, i znów przepłynąć by podzielić ją na twoją, moją, naszą. Najbardziej nasze są spojrzenia tak łączy się myśl z myślą, przeczucie z przeczuciem, myśl z przeczuciem, przeczucie z myślą. Czy przeczuciem były nasze przypadkowe spotkania jakby od niechcenia jak jaskółki w locie, które trącają skrzydłami powietrze. Te nazwane przypadkowymi igraszki losu. To pokpiwanie losu z naszego przebarwienia sobą. Buntować się wobec losu czy oprzeć łagodność pogodzenia o jego poręcz? Jaki smak będą miały nasze pocałunki, którymi wymieniamy się w listach. Smak deszczu i wiatru? Nasza ślina ma ten sam smak, ten sam zapach, tą samą temperaturę. Nasz pocałunek był jednią. Nasz pocałunek, który trwał cały dzień i całą noc. Jestem spragniona twojej śliny. Tylko twoją śliną mogę zaspokoić pragnienie.
Oboje tak samo samotni, tak samo niezbędni dla tej samotności i tak bardzo potrzebni sobie. Czy dwie samotności mogą być sobie potrzebne? "Poezja bierze się z życia" stwierdził jakiś poeta, a my spojrzeliśmy na siebie jakby z ironią, jakby z kpiną, jakby z rozpaczą, że wiemy, że rozumiemy, że odczuwamy od czubka palców u nóg po czubek głowy, że poezja jest zupełnie inną rzeczywistością. Tą rzeczywistością, dla której musimy pozostać samotni. A jednak pomimo samotności nie jesteśmy wcale skazani na pożegnania. Przeciwnie wciąż w drodze wciąż ku nowemu spotkaniu. Spotkaniu z drzewem, z kamieniem, z gwiazda, z deszczem, z

Między nami jest błękit. Rozdarty na pół: jedna połowa dla ciebie, jedna dla mnie. Wielki błękit bez miary. Nieskończony błękit, po którym stąpamy zamiast po ziemi. Między nami jest coś niewiarygodnego. Nie pytamy o jego nazwę, nie pytamy o jego imię. Mury miast, które nas nie chciały. Wielkie katedry, które przybiegały do naszych stóp. Te chodniki wielkich miast pełne ironii i zakłamania. I te nieba tak różne a jednocześnie wciąż tak samo czułe. Te kamienie, z którymi zawieraliśmy przyjaźń. To niepewne dalej, które nas poganiało. To jednoczesne pragnienie dotyku, które nas przytuliło do siebie. To czekanie na ciebie pod rozbawionymi gwiazdami, to nieustanne czekanie, czekanie, czekanie bo jedno twoje spojrzenie mogło przywrócić mi siebie. W ilu jeszcze twarzach mam się przeglądnąć by odnaleźć tą twoją. W ilu językach mam wypowiedzieć wyznanie byś wreszcie mógł mnie rozpoznać. Wciąż nierozpoznana, wciąż niczyja.

Dać ci jak najwięcej czułości by towarzyszyła ci gdy nie będzie mnie przy tobie. Dać ci tyle dobra by wystarczyła ci na całą twoją samotność. Dać ci tyle ciepła by w twoich ramionach zapanowała nieustająca wiosna. Dać ci tyle wiary by przesłonić każdą wątpliwość.
Dać ci tyle światła byś nigdy nie doznał ciemności nocy. Dać ci tyle nadziei by każdy drobiazg był dla ciebie jak wszechświat. Dać ci tyle delikatności by twoja dusza zakwitła jak orchidea. Co znaczą te dary wobec jednego pocałunku twoich stóp.

Komuś kto umie rozmawiać z drzewami nie można pozwolić odejść. Ty, który rozmawiasz z drzewami i wiesz kiedy kładą się spać. Ty, który potrafisz rozkochać w sobie cyklameny i znasz ich tajemną mowę. Komuś, kto kocha cyklameny nie można pozwolić odejść. Jest ktoś kto umie rozmawiać z aniołami i nie pozwoli ci odejść. Coś nas łączy oboje czujemy lęk przed miłością. Być może każde z nas zostało zranione. Być może nasze dusze bardziej się kochały niż nasze ciała. Kruche ciała jakby z porcelany. Kruchość ciała ta przejmująca delikatność - ciało jak mgła. I już nic nie było ważne, ani widoczne tylko on. Twoje stopy to coś więcej niż Ty, to moja bezgraniczna nadzieja i moja wiara w rzeczy niemożliwe. Twoje stopy jak stopy japonki, można próbować z nimi żartować. Kochać cię to za mało. Nie wiem jak nazwać to uczucie, które jest czymś więcej niż miłością. Czymś bardziej, czymś mocniej, czymś głębiej.

Każdego dnia kocham cię bardziej. Każdego dnia wołam cię głośniej.
Nieprzewidywalny.

Jesteś moim świetlistym myślnikiem

Kochać cię wszystkimi opuszkami palców
Każdy twój dotyk jest jak nowa pora roku

Co powinno być pierwsze wołanie czy oczekiwanie?

A jednak jestem jakby bardziej
Jest mnie jakby więcej
Dobrze mi z tobą bez ciebie
Dobrze mi gdy ogarnia mnie twoje milczenie

To nie ja płaczę to moje ciało płacze
Moje ciało płacze i krzyczy:
Potrzebuję twojego dotyku

Kocham rozdaje świat za darmo
Ale nikt go nie dostanie bo nikt nie umie zauważyć

Twoje ręce
Jestem zazdrosna o wszystko czego dotykają
Każda rzecz którą dotykam dotykam z myślą o tobie

Ta odległość
To żart czy właściwe?
Czy przez chwile oddalasz się w moja stronę?

Te noce spędzane na oczekiwaniu
Te słowa które są jak pieszczota

Przynieś mi swoje ręce. Tak abym mogła rozwinąć je nad sobą jak niebo bo zobaczyłam jak na rękach niesiesz wszystkie gwiazdy... Przynieś mi swoje stopy tak bym mogła zrozumieć dokąd idę, bo zobaczyłam, że twoje stopy są jak dwa płomienie, które spopielają wszystko co niepotrzebne . Przynieś mi twoje zmarznięte ciało, tak bym zapomniała o tamtym zimnie, które dotyczyło, nie tyle mnie, co wieczności. Przynieś mi swój język, chce z niego wyłowić smak twojego milczenia. Przynieś mi swoją ślinę, przecież wiesz, że przymieram z pragnienia... Przynieś mi twoje usta, ta jedyna brama w tym szaleństwie niezliczonej ilości drzwi. Przynieś mi siebie otworzymy okna naszej wyobraźni i zamienimy się w dwa błękitne ptaki, odlecimy do kraju czułości, zamienimy się w dwa motyle, wszystkie kwiaty ziemi będą nasze, zamienimy się w dwie ważki, będziemy pisać na wodzie wiersze. To będę najprawdziwsze wiersze bo nikt nie będzie umiał ich odczytać. Te nieoczytane zaklęcia miłosne, które odpłyną do wilgotnych delt naszych ciał.

Zadedykuj mi wszystkie noce

Potrzebuje twoich rąk by dotykać
Potrzebuje twoich stóp by iść
Potrzebuje twoich oczu by widzieć
Potrzebuję twoich ust by kochać

Stać się myślami tego kogo kochamy
Stać się słowami które wypowiada

On rozumiał rzeczywistość
Ja rozumiałam nierzeczywiste
On był linią horyzontalną
Ja byłam linią wertykalną
Nasze spotkanie to stworzenie nowej przestrzeni

Trzeba coś poznać, żeby kochać?
Trzeba coś kochać, żeby poznać?

Liczę dni godziny sekundy do twojego jednego słowa
Liczę krople deszczu i liście na drzewach do twojego jednego gestu

Chce się ukryć między twoimi palcami by nieustannie czuwać nad twoim dotykiem
Chcę pominąć siebie by ujawnić ciebie
Chcę zamienić się w kamień na którym piszesz swoje podziękowanie
Chcę być twoim dotykiem widzieć twoimi palcami
Pragnę zniknąć by powietrzem wkraść się w twoje westchnienie
Pragnę zamieszkać w twoim spojrzeniu by widzieć to na co ty patrzysz
Pragnę zamienić się w twoje ślady by nieustannie iść za tobą

Chce zaczerpnąć ciebie jak oddechu
By przeobrazić się w twoje podążanie ku rzeczom niezwykłym
By usłyszeć to co przemilczałeś

Pocałunek który trwa całą noc
Jaki smak mają pocałunki które posyłamy do siebie w listach?

Miłość być może jest złudzeniem, ale jakże miłym złudzeniem. Miłość potrzebuje słów:
Zadedykuj mi wszystkie noce, bym mogła z nich czytać jak z twojego ciała.
Może słowa miłości dziwią się sobie, jedno przez drugie próbuje ukoić niecierpliwość.

Miłość dla mnichów buddyjskich jest złudzeniem dlaczego więc szanują istnienie zwierząt?
Z braku miłości?

Twój głos przysiada delikatnie na mojej klatce piersiowej jak oddech który szuka schronienia

Rytm mojego serca jest rytmem twoich stóp
Rytm twojego ciała jest rytmem mojego pragnienia
Rytm mojego ciała jest rytmem twojego oddechu
Rytm mojego uczucia jest rytmem oceanu

Miłość jest równaniem z dwiema niewiadomymi

Kochać to znaczy zostać wykradzionym rzeczywistości

Dajesz mi przestrzeń między mną a światem
Dzięki tobie odsunęłam od siebie kamień

Przewyższa nas dobro z którego czerpiemy siłę stawania się
Błogosławię twoje drogi którymi mnie obdarzasz
Ten błękitny odcień wolności

Duchy naszych spojrzeń zamieszkały na księżycu
Dlatego daję ci księżycowe pióro którym możesz napisać księżycowe wyznanie
Światło księżyca przypomina temperaturę tego co sobie nie powiedzieliśmy

W czyim dotyku odnajdę siebie
Czyj dotyk mnie odnajdzie?

Dotyk?

W cieniu twoich rąk

Zanurzam się w cieple twojej skóry jest mi dobrze w tobie
Twoje ciepło jest moim schronieniem twoje ręce są jedynym mostem nad przepaścią
Ryzykowaliśmy naszą wolność tylko po to by spojrzeć na siebie


Do twarzy mi z tą raną?

Prowadzę spotkanie z Anna Sward. Szwedzka prozaiczka, którą gościło w Polsce wydawnictwo Czarne przy okazji wydania jej książki „Lato polarne”. W sumie bardzo dobrze mi się z nią rozmawiało. Przy okazji przygotowywania się do spotkania trafiłam na świetny tekst feministki szwedzkiej Elby Witt-Brattstrom. W swoim eseju pod tytułem Brzydkie dziewczynki, masochizm i bunt pisze, że dziewczyna postrzegana jest jako ułomne wydanie chłopca, toteż nikt nie traktuje jej poważnie. Coś w tym jest. Głos kobiety jest jakby przemilczany. Jakkolwiek ważny byłby to głos będzie na różne sposoby omijany. Lub lekceważącym tonem zaszufladkowany: f e m i n i z m. Jakby to co chce być wolne, niezależne miało tylko jedną i te samą etykietkę. A ja mam gdzieś etykietki. Być może czekam na jakiś niemożliwy moment w czasie i przestrzeni gdy moje wiersze zostaną właściwie odczytane.

Na drugi dzień oprowadzam Annę Sward ulicami Krakowa. Wawel, Manggha, Bunkier Sztuki, by zakończyć zwiedzanie małym co nie co w Słodkim Wentzlu. Po drodze mijamy Marsz dla tolerancji, mnóstwo policji i młodzieży wszechpolskiej. Przerażona Szwedka pyta kto to kryminaliści? Łysi kontra chłopcy z kolorowymi balonikami. Chłopcy w skórzanych kurtkach kontra chłopcy z kwiatami we włosach. W pewnej chwili wypuścili z rączek te baloniki, które pofrunęły do nieba przy wtórze skandującej młodzieży wszechpolskiej. Szwedka była coraz bardziej przerażona...

Festiwal muzyki elektroakustycznej we Wrocławiu. Koncert na Akademii Muzycznej przychodzę z Ornatem Darkiem, który nieustannie opowiadał mi o buddyzmie i buddyjskich mistrzach. Opowiadał . przeróżne niezwykłe historie o mistrzach, przebudzonych i nieśmiertelnych. O kobiecie, która położyła się na jednym brzegu rzeki a przebudziła się na drugim brzegu rzeki... albo o dziwnej krainie, w której przebywają tylko oświeceni... mówił też o pięciu niezłomnych walczących sylabach... że wszystko co nas otacza jest iluzją, że nie ma ani tej katedry ani tego supermarketu... i zdradził mi pewne powiedzenie zen:
Umysł to klejnot spełniający życzenia...
Pomyślałam zrób gest a powiem ci kim jestem zrób gest a powiem ci kim jesteś.

Gesty, zachowania też są swoistym językiem, językiem, który jak każdy język ogranicza i jest ograniczany, przekłamuje, jest czymś tylko w przybliżeniu. Paradoksalne jest że język zamiast przybliżać ludzi do siebie tak naprawdę oddala.

Wro – międzynarodowe biennale sztuki mediów. Kapitalne filmy, wspaniała atmosfera.
Najlepsze filmy? Francuski "Chasse a puzzle" Santiago Caicedo, film oparty na paradoksie Achillesa i żółwia Zenona z Elei. Istnieją takie rzeczy, które choć bliskie, dla nas są nieosiągalne. A jednak bohaterka filmu, mała dziewczynka, która pragnie złapać żółwia w końcu go łapie. Film ciekawy strukturalnie, kolorystycznie, metaforycznie. Podobał mi się też film Johana Grimonpreza "Looking for Alfred" Surrealizm i łączenie narracji z pewnym Hitchcockowskim dreszczykiem. I jeszcze chiński film Zhou Hongxianga "Chinese Portraiture" portrety ludzi parających się różnymi zawodami. Ciekawe podejście do problemu odgrywania ról społecznych. Jesteś tym a tym a dlaczego nie kimś innym? Film ukazuje, że rola społeczna jaką pełnimy niekiedy mija się z rzeczywistością.

Wieczór poetycki z Radkiem Wiśniewskim. Przychodzi towarzystwo z Rity i... Romek Bromboszcz. Poeta cybernetyczny z Poznania. Wieczór very sympatyczny, prowadząca Joasia Orska próbowała wycisnąć ze mnie co myślę o krytykach. Cóż, chyba to samo co Kurt Schwitters a mianowicie, że baranim zmysłem wynajdują to czego nie ma. Lub jeszcze to że ich krytyka dzieła sztuki uwidacznianie ich własne błędów. Potem był konkurs jednego wiersza, który bezkonkurencyjnie wygrał młody wrocławski poeta pisząc "w twoich żyłach płynie chińska zupka". To zdanie mnie powaliło. Super!

Po wieczorze mocną grupą pod wezwaniem Rita Baum ruszyliśmy na Wro. Spędziliśmy całą noc na rozmowie czym ma być ta cybernetyka w poezji. Romek stwierdził, że moja Encyklopedia szaleńca jest cybernetyczna. Cóż, poczułam się iście cybernetycznie.

Piszę esej o Rimbaudzie. Dochodzę do wniosku, czytając jego Iluminacje i Sezon w piekle, że są to teksty wizyjne. Nie wiem dlaczego, ale pisanie o Rimbaudzie sprawia mi ból. Skąd ten ból? Nie wiem. Nie mam pojęcia. Rimbaud jest moją miłością ze szkoły średniej. Z czasów mojego buntu i odkrywania poezji. Całe noce nad wierszami Rimbauda, Verlaina, Baudelaira. Tak, w młodości uwielbiałam poezję francuską. To ona mnie ukształtowała. Ale czytałam też mnóstwo dramatów, bo pisałam nie wiersze, ale dramaty, a inspirował mnie Gombrowicz, Mrożek, Różewicz, no i kolejny mój mistrz Stanisław Ignacy Witkiewicz.
Lubię siebie z tamtego okresu. Mój bunt był twórczy i miał w sobie wiele pozytywnego poweru. Na suficie nad swoim łóżkiem przykleiłam kartkę z napisem: Droga do sławy. Zabawne sny o potędze. Codziennie budziłam się i widziałam przed sobą ten napis. Bynajmniej nie był to napis, któryby pobudzał moją ambicję, bo w szkole miałam same niedostateczne i w najlepszym wypadku dostateczne i nie dlatego że się nie uczyłam, ale dlatego, że kompletnie olewałam nauczycieli, wiedzę, oceny. Nawet gdy coś wiedziałam nie odzywałam się, nigdy się nie zgłaszałam. Kompletna abnegacja a jednocześnie power. Bunt nie tylko objawiał się w sposób merytoryczny ale i dotyczył wyglądu: ekscentryzm gonił ekscentryzm, to właśnie w szkole średniej zaczęłam się ubierać jak chłopak, jak dandys, jak chuligan. To w szkole średniej miałam już cała kolekcje krawatów, marynarek i męskich koszul, które do teraz wiszą w mojej szafie. Nic dziwnego, że prawie co tydzień moi rodzice byli wzywani do szkoły! No i fascynacja muzyką, bo gra na fortepianie była moją pasją. Oczywiście słuchałam namiętnie rocka, moim ulubieńcem był David Bowie, którego słucham po dziś dzień.

Festiwal pism literackich we Wrocławiu organizowany przez Ritę Baum. Przyjechała cała ekipa z wszystkich możliwych pism młodoliterackich w Polsce. W sumie fajna impreza.
Spotykam Marka Parulskiego, matematyka i filozofa z olsztyńskiego "Portretu" . Zaprzyjaźniamy się. Postanawiam ukazać mu jedną z twarzy Wrocławia. Noc, jedziemy taksówka na Ostrów Tumski, zaczyna się burza, błysk za błyskiem, grzmoty a my stoimy przy katedrze. Potem wspólna kolacja. Zjadamy arcy pyszną włoska potrawę: makaron z warzywami. Potem rozmowy czym tak naprawdę jest matematyka? Czy istnieje jeden jedyny wzór na wszystko? Marek mówi, że taki wzór nie istnieje. A czy istnieje wzór na mnie? Pytam. Nie ma wzoru na kobietę. Ja jednak myślę, że istnieją wzory na wszystko, na kobietę, na mężczyznę, na miłość, na nienawiść, na brak, na smutek itd. Marek twierdzi, że matematyka jest poezją. Zarówno matematyką jak i poezją kierują te same intuicje, te same abstrakcyjne spekulacje.

Jakiś oszołom - poeta uderza mnie w rękę. Uderzyłem cię żebyś mnie poznała z facetem z którym rozmawiałaś bo mówił, że promuje poetów. Chciałem żeby mnie wypromował. No tak promowanie….Ręka boli mnie do dzisiaj.

Wiedemann wystawia galarety. Adam stwierdził, że literat to dupne zajęcie bo nie przynosi pieniędzy więc teraz zostanie plastykiem i będzie na całym świecie wystawiał galarety. Galarety, w których zatapia majtki, męskie gacie, wiersze, parówki i inne takie rekwizyty.
Z Wiedemannem to całkiem osobna historia. Impreza u Kasi Jakubiak. Pojawia się Adam i mówi, że Komunyaka to żaden poeta, a ty Sonnenberg piszesz za dużo wierszy. Czy ty w ogóle znasz się na poezji? Zawiesił głos jakby urzeczony swoim pytaniem retorycznym. Ależ ja w ogóle nie pisze wierszy, bo ja po prostu nie znoszę poezji – pomyślałam- ja piszę coś pomiędzy, coś co działa w nie działaniu.

Przyjeżdża Biserka Rajcic. Przywozi mi prezent z Belgradu: kolczyki imitujące bizantyjskie kolczyki z XV wieku! Ale radocha! Wspólny obiad. Rozmawiamy o poetach Lipska, Herbert, Szymborska, Zagajewski, Krynicki. Tak, bo Biserka zna tych wszystkich poetów osobiście i zna tysiące przezabawnych historii i anegdot. Biserka powiedziała mi, że w życiu najważniejsze są przyjaźnie. Miłości przemijają, dzieci zostawiają swoich rodziców, a prawdziwy przyjaciel zawsze będzie przy tobie.

Hieronim Szczur daje mi swój arkusik poetycki. Ciekawa książeczka, najbardziej zapadło mi zdanie: Walczymy, bo świat nas nie potrzebuje

Zjazd w dworku Morsztyna w Pławowicach. Recytuję swoje nowe wiersze a potem rzucam się na jedzenie śledzie, sałatki, serniki, galaretki. ...Recytuję swoje nowe teksty, to jak zawsze jest dużym przeżyciem. Czytanie wiersze po raz pierwszy. Po recytacji wychodzę na papierosa, zastaje zmierzch i aleje drzew. Te drzewa jakby przeniknęło je to co czytałam. Są mi bliższe niż ci którzy przed chwilą mnie słuchali...

Znajduje swoje zdjęcie z połowy lat 90 i z przerażeniem stwierdzam, że mam na nim wygląd anorektyczki. Kiedyś mogłam całymi dniami nic nie jeść i był to jakiś styl życia, sposób na siebie. Po prostu obywałam się bez jedzenia. Całymi godzinami, całymi dniami. W pewnym momencie czułam w sobie jakąś pustkę, i ta pustka była jakimś dziwnie przyjemnym uczuciem. Jakbym stawała się przezroczysta i cały świat przepływał przeze mnie.

Taksówkarz mówi do mnie: ale z pani wesoła babka. Wesoła? Smutek wychodzi wszystkimi porami skóry a on na to że wesoła. Oto przykład jak możemy być odbieramy przez innych. Jak często odbierają nas w sposób fałszywy, niekompletny, wykrzywiony.

Jakiś wieczór poetycki: nagle odczucie, że nic mnie właściwie nie łączy z poetami, nie czuje z nimi żadnej więzi, bliżsi są mi klauni z krakowskich ulic lub uliczni grajkowie. Dlaczego oni?
A poeci? Chyba trzeba podkreślić krakowscy poeci. „Wydałem genialną książkę” podziwiam ich pewność siebie i wiarę w to, co tworzą. Ja wobec tego, co pisze czuje się jak ktoś gorszy, jak niewolnik, jak sługa. To tekst nade mną panuje a nie ja nad tekstem. To tekst mnie prowadzi jak na smyczy. To tekst dyktuje mi każde kolejne zdanie.

Przyjeżdża Kasia Jakubiak, całonocne szaleństwa na Kazimierzu.

Ktoś patrzy na pomnik Mickiewicza i mówi: temu to jest dobrze niczym się nie przejmuje i ma wszystko gdzieś. A ja mu na to: Pan też może wejść na cokół i być pomnikiem, co za problem?

Zauważyłam, że mój umysł jest zagracony mnóstwem niepotrzebnych informacji zwanych wiedzą. Mam tego dość, bo jest to pewien rodzaj zmanierowania intelektualnego. Doszłam tez do wniosku, że moje wiersze są zbyt oczywiste.

Ostatnio liczę czas wypitymi koktajlami, kawami i wypalonymi papierosami. Włóczę się od kawiarni do kawiarni.
Jakbym szukała złotego środka

Wieczór poetycki Miłosza Biedrzyckiego w księgarni hiszpańskiej, prowadzą go Wojtek Bonowicz i Marcin Świetlicki. Podobają mi się wiersze Miłosza bo jakby demaskują współczesny bełkot świata, współczesny chaos języka.

W oddali postać Ryszarda Krynickiego. Próbuje z nim rozmawiać, ale nie wiem jak to się dzieje ale przy Krynickim odczuwam kompletną pustkę w głowie. O czymś chcę powiedzieć i natychmiast zapominam o czym. Z Iwoną Misiak zastanawiałyśmy się nad tajemniczością Krynickiego. Czy wypływa z jego charakteru czy jest li tylko jego pozą?

Wieczór poetycki Jurka Franczaka w Lokatorze, w ramach promocji jego nowej książki Grawitacje. Wieczór prowadzi Marcin Czerwiński. Franczak jak zawsze uroczy i pełen francuskiego wdzięku. A jego teksty pełne francuskiego esprit i ekwilibrystyki nieprzeciętnej inteligencji.

No i kolejny wieczór poetycki tym razem prezentował się Adam Wiedemann, właśnie wydał tomik „Pensum”, który jest całkiem smakowitym kęskiem.

Wszyscy wokół mnie są w kimś zakochani Hieronim jest zakochany, Marcin jest zakochany, Kasia jest zakochana, Romek jest zakochany... A ja ? Kto odgadnie?

Uroczyste otwarcie filii szkoły Urasenke czyli szkoły ceremonii parzenia herbaty w Krakowie w Centrum Manggha. Przybył sam mistrz szkoły. Podeszłam do niego bo chciałam mu sprezentować moje "Pisane na piasku". A on na to: usiądź obok mnie to porozmawiamy. Ten gest był jakby przede mną runęły wody wodospadu. Pozostało mi z tego spotkania zdjęcie siedzimy obok siebie on siwy i ja ciemnowłosa. Wkrótce i ja będę miała siwe włosy jak on. Wkrótce bo to wszystko jest tylko błyskiem. Mrugnięciem czyjejś powieki.

Ktoś przesyła mi mejla, że paskudnie się starzeję. Starzeję? Paskudnie? Jakby ten ktoś nie wiedział o mojej słabości jaką żywię do starości. Ileż to starców kochałam. Im skóra była bardziej pomarszczona tym moja miłość była większa. Bo tylko taka skóra doznała wszystkiego co przynosi życie. Starość jest dla mnie czymś świętym, sacrum, czymś niezwykłym i wielkim. Ale na starość trzeba zasłużyć. Ta pomarszczona skóra to lata pracy. Ta pomarszczona skóra to niezliczona ilość doświadczeń, bolesnych, cierpkich, trudnych, nie do zniesienia. Młodość? Jakie znaczenie mają te mydlane twarzyczki młodych dziewczyn i chłopców. Urzekają, niepokoją, ale nic poza tym. W tych twarzach brakuje skazy, piętna.

W skrzynce znajduje list od japońskiego mistrza kaligrafii. Choć ma lat 80 wygląda na 50. Przesłał mi małą karteczkę, na której napisał: twoje "Pisane na piasku" jest jak skarb znaleziony na pustyni. Czy po takim zdaniu można oczekiwać jakichkolwiek innych recenzji?

A jednak z tych wszystkich mistrzów japońskich, których spotkałam jakimś dziwnym, szczęśliwym trafem na swojej drodze najważniejszy, wciąż i chyba na zawsze pozostaje pewien japoński tancerz... To on pozostanie na zawsze moim Nauczycielem. Dlaczego? Tajemnica.

Tajemnica jest we wszystkim w szczekaniu psa, w locie jaskółki nad wzburzonymi wodami Wisły, w delikatnym przypływaniu dzikiej kaczki, w śpiącym żebraku na ławce w parku, w żebraku, którego przegoniłam.

Ni stąd ni zowąd usłyszałam w sobie wiersz, zaczęłam pisać, i nagle pojawił się żołnierz światła, tak, napisałam wiersz o żołnierzu światła. Jest to wiersz, którego nie przewidziałam, którego nie zaplanowała, czasami zdarzają się takie teksty. Można je umownie nazwać pisanymi w natchnieniu.

W podobny sposób napisał mi się i ten wiersz:

Pazur

W jakiej ranie napotkasz właściwe "Do twarzy mi z ta raną?" Pytają
cudze usta nigdy twoje zajęte mówieniem o sprawach niewiarygodnych
Co mam teraz zrobić z tą raną zakopać? uwolnić? uczcić?
Podzielić się z kimś drugim ? kto udźwignie ten niepokonany ciężar
Zakopana wyrosłaby krzewem ognistym Uwolniona byłaby imieniem
Którego nie można wymówić Co mam teraz zrobić z jej głębią ?
Codziennie spadam na samo dno gdzie stykam się z niebezpieczeństwem
Komu mam oddać te ranę? Komu? Kto
Umiałby ją podnieść z ziemi kto potrafiłby nadać jej blask
Kto zrozumie jej ból i kto ją uwolni od bólu?
Kto?

Kraków, 6. 07. 2007

Ktoś zapyta czy w tym co piszę też jest Tajemnica?


Przezroczyste naczynie wyobraźni - marzec 2007

PROWADZĘ SPOTKANIE Z Virkiem, prozaik to ktoś ulepiony zupełnie z innej gliny niż poeta. Ci wszyscy poeci których spotkałam byli jacyś dalecy odlegli nad ziemią. Prozaicy są tuż przy ziemi jakby węszyli za każdym zdarzeniem, gestem, błędem, grymasem. Nie wiem czy udało mi się nawiązać z nim kontakt. Oczywiście po wieczorze jak zwykle byłam z siebie niezadowolona. Wiecznie jestem z siebie niezadowolona. Te nieustające pretensje do samej siebie. Oj jakże jestem dla siebie okrutna. Dobrze, że ludzi nie oceniam tak jak siebie.
Po lekturze książki Virka doszłam do jednego wniosku: Bez względu na okoliczności jakkolwiek byłyby drastyczne i nie do zniesienia, czy to przez swój totalitaryzm, brutalizm, przemoc możemy wewnętrznie pozostać wolni. Wolność wewnętrzna jest nie do odebrania.

Festiwal poezji Pora Poezji. Wieczór w Bielsku. Milo, ciepło, ale po wieczorze zrozumiałam słowa Omar Chajjama "Lepiej jeśli zniewolisz łagodnością jedną duszę niż jeśli uwolnisz tysiące niewolników". Odniosłam wrażenie, że moje "Pisane na piasku" zupełnie nie zostało odebrane. Ale właściwie zupełnie mnie interesuje czy moje wiersze się podobają czy nie. Mam odczucie, że napisałam to, co miałam napisać i tyle. To odczucie konieczności jest silniejsze i niezależne od tego nawet czy te wiersze podobają się mnie samej. Ta ksiązka to zapis pewnych doznań. To zapis pewnej relacji z samą sobą, ze światem i z jakimś Ty. Zapis który mógł powstać tylko w takich a nie innych warunkach emocjonalno – psychicznych.

Przy okazji Virka uświadomiłam sobie że często mówię lub coś określam zbyt ogólnikowo. Np. o Hessem czy Borgesie mówię, że piszą o tajemnicy, ale już nie mówię czego miałaby dotyczyć ta tajemnica. Virk należy do pisarzy, których jakby tajemnica nie interesuje. No właśnie, ale tajemnica czego? To jest raczej jakieś intuicyjne odczucie aniżeli racjonalne czy intelektualne zrozumienie.

Co ma wspólnego z tajemnicą facet z brudnym paznokciem. Paznokciem, który bierze do ust, między zęby i w takiej pozie pyta cię: co u ciebie słychać? Tajemnica to nie brud za paznokciami, to coś o wiele bardziej zaskakującego i przerażającego. Ale brudny paznokieć tuż przy moich spostrzeżeniu wydaje się czymś przerażająco wielkim i złożonym. Czymś, co należy pokonać by pójść dalej, bliżej w siebie, do siebie, naprzeciw siebie, ku sobie. Albo co mają wspólnego z tajemnicą zęby kelnera. Tak te zęby, które obnażył i wydobył z nich całą zwierzęcość z pedanterią podając jeden drugi trzeci ząb trzonowe siekacze itd. Te zęby w uśmiechu nie wiem dlaczego, ale naraz zaczęły rosnąć, rosły, rosły do niebotycznych rozmiarów. I już nie było stolików, obrusów, talerzy tylko jego zęby. Już nie było świata tylko jego zęby. Świat stał się szczęką kelnera przynoszącego mi kawał mięcha. Jego potężne zęby, które wypełniły całą sale restauracji. Nie wiem jak długo trwał ten uśmiech, ale był to najbardziej zębowaty uśmiech jaki widziałam.

Chce sprezentować Szczurowi Hieronimowi "Pisane na piasku" do spółki z Piotrem Maurem, ale Szczur powiedział, że nie może mieć wspólnej ksiązki z Maurem, bo z książką jest tak jak kobietą, nie można się nią dzielić.

Wieczór poetycki siostry Agnieszki. Agnieszka jest albertynką i pisze bardzo ciekawe wiersze. Tworki jak sama je nazywa bo uważa, że to nie są prawdziwe wiersze. Ale co jest, a co nie jest prawdziwą poezją można by się sprzeczać. Podobał mi się fragment wiersza o błogosławionych, którzy pracują cały dzień, a wieczorem myją nogi tym, którzy nie pracowali. Jest w tym pewna mądrość. Mądrość służenia. Służenia, które wyzwala.
Na wieczorze Agnieszki zaśpiewały jeden z jej wierszy dwie siostry, z których jedna grała na gitarze. Było to przeurocze. Nagle w ich oczach zobaczyłam takie igrające i pełne radości świetliki. Nie wiem dlaczego, ale rozmawiając z siostrami zakonnymi mam taką dziwną ochotę przytulić je do siebie. Ba namiętnie przytulić.

Po wieczorze jedna ze starszych sióstr wychodziła nie czekając na spotkanie przy winie.
- siostra nie zostaje? – zapytałam
- dość już tego! – padła odpowiedź

W jej ruchach i w jej zdecydowaniu była jakby chęć powrotu do swojego świata, świata zamkniętego w celi klasztornej, świata gdzie nikt nie będzie miał wstępu do jej modlitwy.
Pomyślałam, że jej zachowanie jest podobne do mojego zachowania, gdy będąc na imprezie nagle zrywam się i biegnę do domu, do biurka, przy którym chcę zacząć swoją modlitwę do literatury, do poezji. Tworzenie jest dla mnie swego rodzaju klasztorem. Absolutnym oddaniem i skupieniem na pisaniu. Nikt ani nic nie może mieć do mnie wstępu.

To co mamy do powiedzenia mówi do nas świat.
Od jak dawna znasz jego treść?
Od czego zacząłbyś opowieść o nim?
Fragmenty całości z których skomponowane są życiorysy.

Tomek Charnas za każdym razem mnie czymś zaskakuje. Raz dzwoni i pyta czy może mnie przyjąć w piżamie, innym razem, gdy nagrywaliśmy program do telewizji wirtualnej w Manggha przychodzi z twarzą wysmarowaną fluidem. Tym razem zjedliśmy wspólna kolację w Hawełce. Kelnerzy byli ubrani w smokingi i cylindry, zupełnie jak Dehnel, zauważył Tomek przynieśli nam carpaccio, zupę z raków a potem ryby. Na deser był torcik z rumem a wszystko to przekrapiane lampką wina. Potem ruszyliśmy do Kischu, gdzie Tomek jak zahipnotyzowany wpadł w rytmy techno i wyginał arcy mistrzowsko swoje ciało. Ja mu tylko wtórowałam. W Kitschu było mnóstwo ślicznych chłopczyków. Kruchych i przedelikaconych efebów. Nagle doszłam do wniosku, że ja kocham mężczyzn nie jak kobieta, ale jak gej. Może dlatego tyle namiętności budzą we mnie te słodkie, lekko perwersyjne, zmanierowane ciacha.

Spotkanie ze studentkami SLA. Wyraźnie chcą rozmawiać o poezji, ale tak naprawdę więcej jest poezji w rozmowach nie o poezji. Cóż można powiedzieć o pisaniu. To nieustanne bycie ciężarnym i rodzenie, bycie ciężarnym i rodzenie. To napełnianie i opróżnianie. Napełnianie i opróżnianie. Oczywiście ważne jest czym to przezroczyste naczynie naszej wyobraźni napełniamy i ważne jest w jaki sposób pozbywamy się tego.

Spotkanie z Hieronimem Szczurem. Krakowska niedziela. Ja wciąż rozmyślam o pewnej niedzieli mediolańskiej. Z Hieronimem zjadamy dwa schaboszczaki panierowane i rozmawiamy o miłości. Mam pewne wątpliwości czy mężczyźni w ogóle potrafią kochać?
Hieronim się oburza.

Wszystkie moje miłości były albo bez wzajemności albo nieudane. Ciąży nade mną jakieś fatum: nikt nie może mnie pokochać. Moja samotnia każdego dnia potężnieje. To już nie wieża z kości słoniowej ale twierdza! A mimo to im potężniejsza porażka tym silniej wierze w miłość. Być może lubię bywać przekorna.

Zostałam zaproszona na dziwny festiwal. Międzynarodowy festiwal w Rumunii. Najpierw kazali mi zapłacić wpisowe 100 euro. Po czym wyszli z propozycja wydania mi ksiązki za 580 euro! No cóż, można i w ten sposób. Przy całym szacunku do Ciorano, Eliade, Ionesco mam wątpliwości co do udziału w tym festiwalu.

Festiwal wydawnictw niszowych. Kilkanaście tytułów pism, które są równie nieuchwytne, co ciekawe. Jednym z gości festiwalu była Rita Baum. Przy okazji pismo - ciało prezentowało film o Ricie Baum, po czym była promocja mojej Encyklopedii szaleńca. Na festiwalu pojawił się Lipszyc i Edward Pasewicz.

Pasewicz nazywa mnie przegiętym gejem „wyglądasz jak całkiem niezła cioteczka” powiedział. Odebrałam to jako komplement z ust Edwarda (prawie Edwarda II). Dla mnie Edward Pasewicz jest takim polskim Francisem Baconem. No i pisze świetne wiersze. Ten w marcowej Odrze jest zajebisty. Doskonałe wyczucie realności i przełożenie na lirykę. To coś o czym pisał Herbert. To Herbert widział w tym, co codzienne materiał poetycki. A co do „przegiętego geja” to nawet to określenie mi się spodobało, tak całkiem serio to czuje się trochę jak gej.

Każda wiosna tworzy jakby świat od nowa. Każda wiosna przychodzi do mnie kimś innym.

Wrocław, jestem tu zaledwie kilka dni a już zaliczyłam ostre zapalenie zatok, serie antybiotyków, rozmowę z psychoanalitykiem, wywiad w radiu, karetkę pogotowia, która usiłowała mnie rozjechać, patrzenie na ulice świdnicka przez kuriozalnie brudne szyby itd. itp.

Zastanawiam się: co wniósł uśmiech Kafki do historii literatury?

Z powodu przesunięcia zegarów kompletnie popieprzył mi się rytm dnia i nocy. W sumie działam nocą, a w dzień śpię. Idiotyczne.

Moje wiersze powstają z marzeń. Najpierw jest marzenie o jakimś tekście, a potem po prostu to marzenie realizuję. Wiersz jest w pewien sposób wytworem abstrakcyjnym. Wyrwanym z kontekstu. Istnieje jakby niezależnie od rzeczywistości. Całkowicie autonomiczny twór. Być może należałoby nacechować wiersz elementami współczesności. Być może wiersz powinien być przedłużeniem tego co realne, namacalne, codzienne. Ale to w wierszu chodzi o uchwycenie pewnej uniwersalności. O to coś co przetrwa pomimo mijającego czasu.
Napisać cos takiego co będzie aktualne za sto, dwieście a nawet tysiąc lat. Jak to jest w przypadku literatury starożytnej Grecji. Uniwersalne są ludzkie namiętności: miłość, nienawiść, gniew, rozpacz, strach, lęk. Te uczucia nie zmieniają się od tysiącleci. Być może zmienia się punkt widzenia, ale namiętności pozostają namiętnościami.

We Wrocławiu jest pewien taksówkarz, którego nazywam piękny Robert. Istotnie jest przystojny, życzę mu wesołych świąt a on mi: wesołych jajeczek. Piękny Robert jest śliczny gdybym była chłopcem... a tak siedzę przy komputerze i pisze wiersze miłosne...

Promocja „Encyklopedii szaleńca” wywiady w radiu, telewizji. Nic tylko zadają mi pytania czym jest szaleństwo? No właśnie czym jest szaleństwo? Szaleństwo jest swego rodzaju rytuałem. Jakimś przełożeniem rzeczywistości na nierzeczywistość. Myleniem fikcji z realiami. Ale najpierw trzeba byłoby się umówić, co jest fikcją, a co realiami. Czy realiami jest to, że właśnie stoję przed kamerą i opowiadam o szalonym laryngologu? A może fikcją jest spotkaniem parasola z maszyną do szycia? Czy bardziej przekonywujące są fluorescencyjne ślimaki Bretona czy kilogram cukierków miętowych? Aeroplany Marinettiego czy Centrum Pompidou? Co bardziej realne? Dziewczyna na rollerach czy biały pudel? Kotlet schabowy czy różowe rękawiczki?

Galeria Entropia

Spektakl na podstawie mojej Encyklopedii szaleńca, w wykonaniu osób niepełnosprawnych intelektualnie ze stowarzyszenia OSTOJA. Jestem mile zaskoczona, bo spektakl okazał się naprawdę wspaniały. A ci, którzy w nim grali byli jak prawdziwi artyści! I kto tu mówi o niepełnosprawnych. Zresztą to również jest takie względne. Co więcej tekst z encyklopedii w ich wykonaniu brzmiał jakby był dla nich stworzony!

Po spektaklu wrocławskie poetycko – terapeutyczne towarzystwo spotkało się w Mleczarni.
Rozmowy, rozmowy, rozmowy. Rozmawiam z Alicją Jodko, jedną z właścicieli galerii Entropia. Co ciekawe Alicja przed laty uczyła mnie filozofii, gdy jeszcze studiowałam na Akademii Muzycznej. Hmmm spotkanie po latach...
Jakaś dziewczyna podchodzi do mnie i pyta jesteś lesbijką, wolisz mężczyzn, psy czy kobiety? A ja na to, że gejem, z inklinacjami metafizycznymi. No bo przypuśćmy, że cała ta sprawa z życiem jest żartem opowiedzianym przez kogoś wielkiego komuś małemu. Cała ta afera z powrotami rozstaniami jest tylko zabawną przygrywką, w której solówkę ma jakiś anonimowy kontrabasista. Ten ktoś mały niewiele z tego rozumie dlatego stwarza coś, co nazywa wiedzą. Wiedza zaczyna się rozrastać do niebotycznych rozmiarów. Wiedza coś, co obligatoryjnie jest nam narzucane by jeszcze bardziej zrozumieć jak bardzo ten ktoś jest mały. Ten ktoś w nas, we mnie, w tobie. Coraz bardziej popadając w stan pytań bez odpowiedzi, gubiąc się w wątkach i przenośniach. Na swój mały sposób odczytuje ogrom tego, co usłyszał. ...czy od tamtej chwili przestaje się uśmiechać?

Sas stwierdził, że jakiś facet chciał mnie spotkać, ale uciekł. Boi się ciebie!
Pytam Olę Zoń dlaczego mężczyźni się mnie boją? Ola Zoń odpowiada: bo jesteś wspaniała
Ale co ma wspaniałość do bania się?

Kolejny wieczór przy kawie tym razem obok mnie Jagoda Szmytka, pokazuje mi swoje partytury... Patrzę na pięciolinie i tysiące małych ślaczków sprawnie poukładanych na powierzchni partytury... Patrzę w nuty i nagle zdaję sobie sprawę, że Jagoda jest dziewczyną w której absolutnie można się zakochać. Bo jeśli nie w jej urodzie, to w jej inteligencji, a jeśli nie w jej inteligencji to w jej talencie, a jeśli nie w jej talencie to w jej intelekcie.

Spotkanie z poetami wrocławskimi. Siedzimy w Literatce, w całkiem niezłej kafejce na Rynku wrocławskim. Darek Sas opowiada o swoim magicznym miejscu przy rzece Ślęża, gdzie rosną pola konwalii i pierwiosnków. Można się w nich tarzać! Sas stwierdza, że można pisać albo o miłości albo o śmierci. Ja nie spotkałem miłości więc pisze o śmierci – mówi.
Sylwek wspomina Mariannę Bocian. Kiedy była jeszcze studentką strasznie biedowała, wybrała się więc na czereśnie do biskupiego ogrodu na Ostrowie Tumskim. Zajadając czereśnie i wymyślając temu kto je tak zostawił na drzewie na pastwę ptaków naraz pojawił się wymyślany, który okazał się samym biskupem Kominkiem. Ten się bynajmniej nie nastroszył, lecz przeciwnie zaprosił Mariannę na obiad. W między czasie przy wzburzeniu na moje zachwyty nad Oresteją Klaty wychodzi na jaw pewna ciemna towarzyska tajemnica, otóż Sylwek zamordował szczura. Najpierw poszedł do sklepu zoologicznego i wybierał go przez wiele godzin, po czym przyniósł do domu i przez trzy miesiące próbował go oswoić, gdy ten okazał się niezależny, wolny i nie do okiełznania po prostu wziął trutkę i go otruł. Przyznam, że zawrzało we mnie. Tym bardziej, że właśnie na jednej z wrocławskich ulic ocaliłam pewnego małego szczurka z paszczy czarnego kota.
No tak, tak to bywa z nonkonformistami. Ktoś kto jest nie do okiełznania, ktoś kto nie daje się oswoić... Drażni ? Ola Zoń wzburzyła się razem ze mną, ale efekt był fatalny bo Sylwek po prostu ja zwymyślał i poszedł.

Z Marcinem Czerwińskim plotkujemy robiąc rundy wokół ratusza wrocławskiego przy dwudziestej rundce już wiedzieliśmy nie tylko kto z kim ale po co i dlaczego.

Wyjazd do Srebrnej Góry na groby dziadków. Ten cudowny krajobraz, który towarzyszył mi w dzieciństwie. To tutaj mogła by się zacząć książka, która odmieniłaby moje życie. Ogród dzieciństwa, o którym piszę w "Pisaniu na piasku".

Samotne kolacje w jednej z ekskluzywnych restauracji Wrocławia. Zauważyłam, że faceci biorą mnie za dziwkę. Zabawne. A ja po prostu mam cholerny apetyt. Nic tylko bym jadła, jadła, pożerała. Naleśniki gryczane ze szpinakiem i brokułami. Może ta chciwość jest taka zalotna. Lubię te swoje samotne kolacje. Właściwie to nie czuję się sama, wciąż są przy mnie obrazy: fontanna na rynku wrocławskim, która mi przypomina kogoś bliskiego. Dlaczego ta fontanna przypomina mi ciebie tego nie wiem.

Nic do mnie nie mówisz nic zupełnie nic a jednak
Słyszę cię jesteś wodą w której zanurzam usta
Zabawne jesteś fontanną rozświetloną światłem w bramie
Jesteś fontanna w której zanurzam swoje bose stopy

A jednak czuje ciepło twojego oddechu wokół mnie
Jakbyś zamienił się w powietrze
Jak nauczyłeś się bycia przezroczystym?

Zatroskana o każdy twój gest zatroskana o każde twoje dalej
Kiedy znów na mojej skórze narysujesz paznokciem świt?

Klatka schodowa, pierwszy dzień świąt, pachnie konwaliami.
Oby w każdej chwili zmartwychwstawało dobro piękno i prawda
Drugi dzień świąt Czym dla ludzi był ból jego rąk i stóp?
Ból który przemienił w miłość i piękno.

Czy ci ludzie idący do kościoła naprawdę wierzą, że Prawdziwie Zmartwychwstał?


Pisane na piasku - luty 2007

W lutym chorowałam na grypę, anginę, zatoki i pisałam listy do Basho:

List do Basho IV

Piszę do ciebie z Pustelni Nieprzebytych Słów
Czy zawsze każdemu jest do mnie tak samo daleko?

Nigdy tak jak teraz: być na miarę swoich słów

Wiatr szaleje: na całym świecie są tylko ludzie
I nie ma nikogo z kim można by porozmawiać

Wiatr - ośmioramienny wachlarz
Ale wachlarze to sprawa nieśmiertelnych lub wojowników

Pada deszcz: nie ma takiej krainy na świecie
Gdzie ktoś rozpoznałby moje serce

Między łopianami pies sąsiada wciąż szczeka
Jego szczekanie wydobywa się z dna wszechświata

Czy nadal jesz tylko suszonego łososia popijając herbatą?

Stajesz za Wodospadem Goryczy i Widzisz Bez Zasłon?

Czy horyzont maleje do wielkości obrączki na palcu?

Docierasz do ujścia przestrzeni i czasu gdzie stykają się dwa światy?

A może słyszysz jak się nawołują:

Prawdziwa wiedza rani ale też wyzwala z bólu
W powietrzu słychać echo czyjegoś tętna

I ja wychodząca naprzeciw każdemu zdarzeniu
Jakbym chciała złowić księżyc odbity w wodzie

List od Basho IV

Powinnaś swoją samotnię zamienić na Świątynię Kwiatu Prawa
Wyrazisz wtedy siebie poprzez wszystko co ciebie otacza
Cienie bambusów zagrają nam na strunach wiatru
Będziemy tańczyć w łachmanach z klejnotem pustki przy boku

Niech mówią o nas: szaleńcy wygnańcy odrzuceni
Niech mówią o nas same nieprawdziwe rzeczy
Dzięki temu będziemy bardziej
Prawdziwi nasza nieodgadniona tajemnica:
Wolność od prawdziwego wizerunku
Wolność od tych co chcą go zmieniać by na niego patrzeć

Porzuciłem bycie samurajem
Porzuciłem dom
Porzuciłem siebie
Nie ma do mnie wstępu niepewność jutra
Żaden pazur tygrysa nie może mnie zranić

Ośmielam się
Korzenie dotykają źródła

Kropla – świat
W tej jednej chwili czuwa nad nami armia świetlików
Posłańcy z innego świata
Pytasz czy z lepszego?

Nie ma podziału na lepszy i gorszy nie ma podziału na dobro i zło
Jest tylko miseczka którą codziennie wypełniamy ryżem

Twoim amuletem jest most niebios
Nie popędzaj tego który go buduje

Tyle dróg wysadzanych drogimi kamieniami
Tyle dróg kręcą się jak motyl wokół kwiatu

List do Basho V

Wychodzę naprzeciw Pustelni Gwiazd Oriona
Nie wiem która noc jest tą jedyną
Nie wiem którą noc mam wziąć za rękę
Towarzyszy mi tylko księżyc czy podążam we właściwą stronę?
Zapach wiatru przynosi blask światła w jakiś odległych drzwiach

Jak zawsze w swoim kapeluszu i słomianych granatowych sandałach
Szukałeś na łąkach Ashino słynnej wierzby pochylonej nad strumieniem
I opisałeś włosy wierzby coś czego ja patrząc na wierzbę w zimowym wietrze
Nie umiałam nazwać zasłuchana w siebie niż w to drzewo
By stać się nim i usłyszeć co powiedział podmuch wiatru

Niekiedy wydawało ci się że chodzisz między obłokami
Ten dziwny taniec między ludźmi którzy są jak sen
Przerażała cię przepaść między tobą a ludźmi między ludźmi a ziemią
Jakbyś zapomniał że zrozumieć znaczy balansować nad przepaścią
Trzeba uważać na każdy krok na każde słowo

Tylko ty wiesz czym naprawdę jest plusk wody do której wskakuje żaba
Wiedzieć czym jest plusk wody to znać język wiatru deszczu i śniegu

Wiem że z dnia na dzień niepostrzeżenie uczysz mnie tego języka
Ale chyba nie jestem pojętnym uczniem

Wciąż zbyt wiele bólu jest w tym co otacza
Krzyk który uchodzi z każdego milimetra ciała

Ale tylko w bólu dusza staje się szalona i zdolna do wszystkiego
Jej powroty do krainy dzieciństwa brak zawstydzenia obnażeniem
Ten sam widok za oknem który w każdej chwili jest inny

Uczysz mnie że można być przezroczystym
Przechodzić na jednym oddechu przez ścianę ognia
Jeden świat zawiera się w drugim jak kosmyk włosów za uchem

I ja między ludźmi jak zerwany liść z drzewa

List od Basho V

Musisz swoją samotnię przemienić na Taras Osiemnastu Widoków
Wtedy chłód oczyści cię z wszelkich złudzeń
Staniesz obok swoich emocji jak obok obcej osoby

Materia jest zasłoną – zaklął wiatr

Jeden z moich uczniów chciał schwytać błyskawicę
A ty co chciałabyś schwytać?

Wiem - jest w tobie pragnienie świtu
Pora w której drzewa odsłaniają swoje twarze
Świtu gdy byłaś chora a błękitna skała błagała cię o chwile wytchnienia

"płakałem długo nie bacząc na upływający czas"

Czytając moje wiersze zauważyłaś konika polnego
Odczułaś że jego jasnozielone serduszko jest twoim sercem

Prosiłem cię - zbieraj rosę z chryzantem i pij ją
W Chinach uważają że pijąc ją człowiek staje się szczęśliwy
A potem ruszyłem w drogę by oglądać pełnie księżyca nad Matsushimą
Te północne krainy w których dusza odpoczywa

Próbowałaś iść za mną ale zabłądziłaś bo nie wiedziałaś że
Prawdziwy wędrowiec nie zostawia śladów

Pamiętaj: samotność serca jest najcenniejszą rzeczą

List do Basho VI

Nic mnie dzisiaj nie uczyło dzień bez nauczyciela?

Niczego dzisiaj się nie nauczyłam czy to oznacza dzień stracony?

Nie umiałam patrzeć rękami nie umiałam słuchać stopami

Pisałam próbowałam wyjaśniać rzeczy niewidzialne:

Węzeł czasu
Nie staraj się go rozwiązać
Bo zniknie świat

Jestem kurtyzaną słowa sprzedaję się znaczeniom
I mam wątpliwości czy nie łajdaczymy się w pokojach słów

Podczas gdy to co naprawdę nie można zapisać

List od Basho VI

Może jesteś odpowiedzią
Czym były obłoki nad lasem?

Czy nie tym co należy ujrzeć w sobie ?

Wiatr jest nauczycielem

Tylko dzięki pustce
Mogłaś zobaczyć kolor błyskawicy

Zabili w tobie wojownika ale narodził się mędrzec

Jeśli tego nie wiedzą mówią o tobie szalona
Ale to wszystko są tylko emocje

Emocje są jak śmieci
Ile ich dzisiaj nazbierałaś?

Odrzuć to co już dawno odrzuciłaś
Odczuj to co już dawno odczułaś

List do Basho VII

Trzysta lat przed moim narodzeniem bawiłeś w klasztorze Nikko
Wyszedł ci na spotkanie Piąty Strażnik Buddy
Klasztor był na Górze Słonecznego Blasku
Czy już wtedy wiedziałeś o moim istnieniu?

Moje listy do ciebie jak kolorowe kamyki na dnie strumienia
Delikatny rysunek paznokciem na skórce brzoskwini

Moje listy chciałabym by były lżejsze od powietrza
Dzięki temu mógłbyś je czytać zanim je napiszę

Niech będą choć cieniem jakiegoś innego świata
Cień - twoja jedyna samotnia

Nieobecność to spotęgowanie obecności
Nieobecność pozostawia miejsce na zauważenie
Jak bardzo jak wiele potrafi zobaczyć dziecko które jest w nas

Czyżby nieustanny trud podążania ?

Próbuję każdego dnia próbuję posługiwać się swoim charakterem
Od wielu lat kaligrafuję tylko jeden znak: "wieczność"
Ale wciąż nie panuję nad ruchem pędzelka jakbym nie była sobą
Jakbym to nie ja czyniła samą siebie więc kto ?

I bywam pytaniem które jest pytaniem kogoś poza mną
I bywam odpowiedzią która nie należy do mnie

"Wieczność" uzależniona od każdego pociągnięcia pędzelkiem
Czy ma jakieś znaczenie że pisze ją najgorszy uczeń kaligrafii?

Nieustające dziecko któremu pozwalam na wszystko
Rozbestwione i kapryśne jak zachłanność poznawania od nowa

Nigdy nie nauczę się wkładać kimona
Nigdy też nie odkryję tajemnic mowy wachlarza

Nie wkładać kimona to tak jakby nigdy nie dotknąć chmury burzowej
Nie zrozumieć mowy wachlarza to jakby nigdy nie fruwać z ptakami

List od Basho VII

Znasz to?
Groźne rozmowy z żywiołami przy świetle księżyca
Policzyłem wszystkie odcienie jego światła
I wiesz co zauważyłem
Niewypowiedziane ma największą moc
Zanikanie słów by prawdą wypowiedzieć ciało

Jeden to o wiele więcej niż miliardy tysięcy

Nieświadomie wtargnęliśmy w policzalne
Stąd to zagubienie w było jest i będzie

Pory roku chcą nas oswajać nas międzygwiezdnych włóczęgów
Są jak klaskanie rąk w których przesypuje się czyjeś wołanie

Niczego nie musimy udowadniać

Nasza radość rozpasana i nieujarzmiona

Groza i radość mają ze sobą wiele wspólnego
Jedno i drugie chodzi własnymi drogami

Ta nadludzka siła której musimy być wierni

Basho, Hakuin, Dogen, tancerz japoński, mistrz kaligrafii Ojin to są moi mistrzowie. Tak, na swojej drodze spotkałam wielu mistrzów duchowych, którzy uczyli mnie relacji ze światem, relacji z samą sobą i z drugim człowiekiem. Ale jakby w tej nauce o czymś zapomnieli. Żaden z nich nie wskazał mi co czynić z uczuciem miłości. Z tym żarem, który przenika całe ciało. Nie wskazali, bo może dla nich miłość w naszym ludzkim pojęciu nie istniała. Do moich mistrzów o dziwo należy też Bowie. Równo jedenaście lat na początku lutego byłam na koncercie Davida Bowie w Pradze. Koncert był rewelacyjny. Dziwne to poruszanie się w czasie. Zaczęłam go słuchać gdy miałam szesnaście lat i słucham go do teraz. Starzeje się razem z moim idolem, z moim mistrzem. Zabawne. Jego muzyka charakteryzuje się wyjątkowym rodzajem inteligencji. Fragmentaryzacja jakby skojarzenie goniło skojarzenie.

Ale czy rzeczywiście się starzejemy? Ojin powiedział, że wiek jest czymś względnym. Ktoś stary może być jak młodzieniec. A młodzieniec kimś starym. To odwieczna formuła: dziecka w starcu, i starca w dziecku.

Im więcej piszę tym mniej rozumiem na czym polega poezja. Im więcej czytam tym coraz mi trudniej odróżnić dobry wiersz od wiersza złego.

Pod koniec lutego wychodzi moja kolejna książka poetycka "Pisane na piasku/ Written on Sand". To był wyjątkowy dzień, gdy w księgarni w Bunkrze Sztuki odebrałam pierwsze egzemplarze książki. Książka jest dwujęzyczna przekładu angielskiego dokonała Kasia Jakubiak. I były brawa i było wzruszenie i ulga, że te teksty, które powstawały w bardzo trudnym okresie mojego życia zaczęły żyć swoim własnym życiem. Agnieszka Lasek mówi, że czytając "Pisane..." zasnęła jakimś niezwykłym snem. Może moje pisanie jest jak "Wariacje Goldbergowskie" Bacha. Wiersze pisane w bólu mogą być pocieszeniem? Czy ktoś kto cierpi może być dla kogoś innego radością? Chyba tak, to jest właśnie paradoksalne. To tym bardziej ukazuje ułudę naszych doznań. Tak jakby emocje rzeczywiście były jak śmieci. Czymś, co jest naszą iluzją. A miłość? Czy jest tylko iluzją?


Lądowanie na Księżycu - styczeń 2007

Kraków. Po przyjeździe odczułam jakąś pustkę.

Grunt to umieć się ze wszystkiego śmiać. Koncert w Villi Decjusza był idealnym powodem do śmiechu. Koncert udany choć to był bardziej performance niż koncert. Oczywiście myliłam się ile wlazło, ale bawiło mnie to raczej niż martwiło. Kaczka natomiast potraktował koncert strasznie na serio i kompletnie podupadł na duchu. Przecież nie chodziło w tym występie o żadne serio raczej o zakpienie z koturnowości tych schubertowskich pieśni. Na koncercie pojawił się Adaś Wiedemann z Tobiaszem, Piotr Marecki oraz liczna, bardzo czcigodna publika, co nadało całej tej sytuacji jeszcze większą karykaturalność i teatralności tego szeroko zakrojonego absurdu. Na koniec zaśpiewaliśmy pieśń Schumanna, zresztą moją ulubioną, Nie rzucam klątw, dedykowaną przez Kaczkę ślicznemu faworkowi z drugiego rzędu. Faworek był z drugim ślicznym faworkiem. Słowem dwa urocze ciacha, które od razu polubiłam. Nie wiem dlaczego, ale mam jakąś dziwna słabość do chłopców z branży.
Po prostu uwielbiam ich egzaltacje, inteligencję, wysmakowanie i wyrafinowanie. Był też X, z którym nie widziałam się od stuleci. Narzekał, że boli go serce, sądziłam w pierwszej chwili, że chodzi o jakąś mało wyrafinowaną metaforę, a on na to, że był u lekarza. I rzeczywiście był blady jak cukiernica w mojej ulubionej restauracji. Zwierzył mi się, że od sylwestra nie pali i nie pije po czym wypalił paczkę papierosów i kompletnie się upił. I oto z pijanym kompletnie X szłam Grodzką. Nie było by w tym nic dziwnego poza małym szczegółem, że X był półnagi, a ja szłam obok niego w balowej sukni!!!!! I w ten sposób zawitaliśmy do pewnej restauracji, gdzie X jadł frytki, a ja cielęcinę. A sałatkę zjedliśmy do spółki. Potem przyszedł Hieronim Szczur. X ulotnił się a ja z Hieronimem martwiliśmy się wspólnie, że za trzydzieści lat nie będzie już pism literackich tylko pisma internetowe. To wiadomość z ostatniej chwili! No i pasowałam Hieronima na mojego powiernika poetyckiego. To znaczy kogoś, kto jako pierwszy będzie czytał moje teksty.

A tak w ogóle to wolę pieśni Schumanna od Schuberta. Schubert jest jeszcze klasycyzujący w swoich kompozycjach, Schumann natomiast to już romantyzm z pełnym rozmachem.
I jego pieśń: Nie rzucam klątw, może klątw nie rzucam, ale na pewno rzucam mięsem.

Wieczór poetycki w księgarni Virgo na krakowskim Rynku. Wiersze czytają Piotr Maur, Marcin Siwek oraz Ola Masoń. Wieczory poetyckie są czymś wzruszającym. Oto poeci, ludzie wrażliwi próbują stanąć twarzą w twarz z czytelnikiem, z odbiorcą. Co wynika z takiej konfrontacji? Jak zawsze zapamiętałam kilka poetyckich fraz. Marcina Siwka: słońce w butelkach czy Oli Masoń: widok tani i piękny. To "tani" mi jakoś fajnie zabrzmiało. Bo rzeczywiście jeszcze tylko za powietrze i krajobrazy i widoki nie musimy płacić, bo tak na prawdę płacimy za wszystko. Za szczęście utratą. Za miłość rozstaniem. Za poezję samotnością. Choć to tani może być dyskusyjne. Za widok czy krajobraz też płacimy.
Płacimy nasza wrażliwością. Piotr Maur przeczytał wiersz:
ścigaliśmy go pomiędzy budynkami. psy to gubiły
to odnajdywały trop (...) dopadliśmy go
(...) był uparty. milczał.
(...) gdy mdlał, cuciliśmy go i torturowaliśmy od nowa
Nie wiem dlaczego, ale ten wiersz przypomniał mi moją przeszłość. Całkiem niedaleką przeszłość. To ja byłam tym torturowanym i doświadczanym do granic wytrzymałości.
Gesty czułości były tylko po to, by znów zadać cios. Miłość tylko po to, by bardziej bolało.
Przyjaźnie tylko po to by mnie zdradzić. Nad tym wszystkim panowało jedno wyrażenie:
NIE MIEĆ SKRUPUŁÓW.

Po wieczorze poszliśmy z Piotrem Maurem i Robertem Adamczakiem na piwo. Rozmawialiśmy o poezji. Ciągle te rozmowy o poezji. Czy to lepszy temat od miłości?
W sumie to jedno i to samo. Bo czymże jest poezja jeśli nie nieustającą miłością, jeśli nie jest szaleństwem miłości nie jest poezją tylko szeleszczącym papierem.

W Krakowie rozdrażnia mnie wciąż powtarzający się motyw aniołów. Angelomania ogarnęła całe miasto. Gdzie nie spojrzysz tam wizerunek jakiegoś anioła. To jakby nieświadome bagatelizowanie tematu. Sprowadzenie tych czystych inteligencji do towaru, który się sprzedaje. Ich nadmiar banalizuje ich prawdziwy, kosmiczny wymiar. Na plakatach skrzydła anielskie, na wystawach skrzydła anielskie, na skwerach skrzydła anielskie. A co te skrzydła mają do aniołów? Czy my w ogóle wiemy jak na prawdę wygląda anioł?

Anioły są nieuchwytne, niewytłumaczalne i nieobliczalne
Przybywają z innych światów by pobawić się z naszą rzeczywistością
Nieśmiałe i odważne przybierają postać dzieci
Ich dotyk jest jak podmuch wiatru
Chodzą na palcach pozostawiając na swojej drodze płatki kwiatów
Nieme rozmawiają nie używając słów

Anioły pachną śniegiem lub fiołkami
Cierpią na delikatność i przewrażliwienie
Lżejsze od powierza unoszą się w górę zabarwiając obłoki na różowo
Otwierają serca z których wyfruwają motyle
Znają zdanie które uzdrawia znają zdanie które otwiera oczy
Niekiedy oddają chwilę swego bezczasowego istnienia i wtedy mylimy wczoraj z dziś
Anioły podróżują w ludzkich snach
Odwiedzają wiele różnych światów w ciągu maleńkiej sekundy

Z rzęs anioła prószy delikatny śnieg

Wiem o tobie więcej niż ty sam wiesz o sobie powiedział anioł i znikł
Jego ślady są na moim oddechu dlatego wiem kiedy za mną biegnie
Pozostawiając mi w rękach wiersze i wątpliwość
Jak wyglądają drzwi za którymi mieszkają anioły?

Gdy wsłuchasz się w siebie będziesz umiała rozmawiać z aniołem

Ten nowy rok zaczął się od totalnego rozczarowania pewną przyjaźnią. Przyjaźń tą traktowałam jako uosobienie czegoś idealnego, uosobienie uczciwości, zaufania, dobroci, miłości. A tu naraz... Darzyć kogoś uczuciem, sentymentem, przyjaźnią, kogoś kto wydaje się kimś idealnym, uosobieniem dobra i nagle ta cała budowla rozsypuje się na kawałki. Idiotyczne uczucie. Ale jest w tym uczuciu jakieś poczucie wolności. No właśnie. Brak przywiązania. A raczej uwiązania.

Artysta powinien realizować się jakby poza powszechnie panującymi modami w sztuce.
Być świadomym tego, co chce przekazać. Świadomym również tego, że to, co najbardziej wartościowe powstaje poza modami, poza głównym nurtem, gdzieś z oddalenia, gdzieś na obrzeżach, gdzieś w jakiejś samotni.
Każdy artysta stoi przed wyborem:
Albo ulec albo być sobą
Albo zrezygnować albo walczyć dalej
Albo iść na ugodę z rzeczywistością albo nie godzić się na nią
Albo być tłumem albo autsajderem.

Na poczcie spotykam Adama Zagajewskiego. Krótka wymiana zdań.
Był jak jakaś przesyłka z dalekiego świata. Zresztą każdy poeta jest taką tajemniczą przesyłką z jakiegoś dalekiego i nieznanego świata.

Sklepik w Manggha jest najcudowniejszym miejscem w Krakowie. Tysiące czarownych przedmiotów. No i tutaj kupiłam filiżanki, które przejechały ze mną pół Europy by wylądować w rękach pewnego czarodzieja. Czarodziej znikł jak to z czarodziejami bywa.
W sklepiku znów zobaczyłam te dwie filiżanki, z których piliśmy siebie jak napój nieśmiertelności. Na wystawie tuż za filiżankami były dwie miseczki. Mała i duża. Jedna dla Nauczyciela druga dla ucznia. Kim jest Nauczyciel, a kim uczeń? Jedna dla Starca jedna dla Dziecka. Kto jest Starcem, a kto Dzieckiem? Jedna dla wojownika jedna dla mędrca. I tutaj się spotkali:
Ona i On, On i On, Ona i Ona.

Zerwij zasłonę intelektu
Zerwij zasłonę dawnego
Zerwij zasłonę przyzwyczajeń
To nawykowe: ja i ty
Gdy tak naprawdę jest tylko Jedno Ja

Za miseczkami były też dwa wachlarze
Wachlarze ciała stają się jednym tylko na chwilę, ale gdy połączą się dwie dusze trwają wieczność.

Wachlarze to już sprawa nieśmiertelnych lub wojowników.
Wiatr to ośmioramienny wachlarz .

Najpierw dowiedziałam się przez telefon o tym mnichu. Buddyjski mnich, który po 75 latach wracał do życia. Miałam kupić gazetę by przeczytać o tym szokującym zdarzeniu artykuł.
Po drodze wstąpiłam na Wawel. Słonce oświetlało ściany. Niezliczona ilość światła, które w jakiś baśniowy sposób przenikało powietrze. Oddychałam tym światłem, jakbym oddychała swoim dzieciństwem. Idąc alejką zobaczyłam z daleka skośnookiego. Zainteresował mnie pomyślałam, że przyjrzę mu się z bliska. Ale gdy ten ktoś podszedł bliżej zauważyłam, że jest europejczykiem! Skąd więc ta skośnooka twarz? Dlaczego ją zobaczyłam? Trochę zdziwiona ruszyłam po gazetę. Gdy otworzyłam ją na stronie z artykułem zobaczyłam zdjęcie owego mnicha. Twarz, którą wcześniej zobaczyłam była twarzą tego mnicha!

Tylko mnich mógłby tak powiedzieć:
Jak ? to tajemnica

Jestem w Manggha na wystawie kimon. Kimono w odlatujące żurawie. Kimono w piwonie. Kimono w wachlarze. Różnorodność motywów jest zdumiewająca.

Film o Marii Antoninie to film o każdym z nas. O każdym kto żyje w swoim własnym świecie i nie za bardzo rozumie realiów. O każdym, kto lubi otaczać się pięknymi przedmiotami, używać drogich perfum, nosić markowe ciuchy, jadać w eleganckich restauracjach. Po prostu o kimś, kto posiadł sztukę życia z rozmachem i z fantazją.
O kimś, kto żyje jak pod kloszem niby egzotyczna roślina w szklarni. Klęska Marii Antoniny jest klęską wielu z nas. To zniszczenie owego komfortu, to rozbicie tego szklanego klosza przez ludzi, którzy jak świnie ryją przy ziemi swoje ścieżki na skróty. To wydanie na pastwę codziennych zdarzeń. To zwycięstwo przeciętności nad nieprzeciętnością.

Jakiś podejrzany gość pyta mnie: zostanie pani moją żoną?
A ja odpowiadam: nie dzisiaj, jutro

Dziwne ale tego faceta spotkałam w bramie do kawiarni internetowej. W tej samej bramie spotkałam starca, który przeniknął mnie swoim wzrokiem. Dlaczego te wszystkie osoby spotykam przy tej bramie?

Słucham muzyki zen. Dziwna, ale mimo spokoju tej muzyki ma ona więcej z szaleństwa niż z wyciszenia. To powolne błądzenie po rozmaitych dźwiękach, jakby nie posiadała w sobie porządku frazowania, nie mówiąc już o odległej wschodniej harmonii. Czy jest koanem? Thomas Merton twierdzi, że wschodnie koany są analogiczne do europejskiego ?epoche? Husserla. Wzięcia w nawias wszystkiego, co jest logiczne i nawykowe. Podoba mi się taka interpretacja.

Koncert muzyki medytacyjnej w Manggha. Wabi , Sabi, Shibumi to trzy postawy estetyczno ? etyczne. Postawy, które miały towarzyszyć nastrojom muzycznym. Ale nastrojom muzycznym towarzyszyła jedynie nuda i z mojej strony zniecierpliwienie. Może dlatego, że obok mnie usiadła matka z małym dzieckiem, które cały czas czkało. Trudno w takiej czkającej aurze odbierać muzykę medytacyjną. A może to czkanie było bliższe medytacji niż wykonywana muzyka? Występował jakiś czeski muzyk, który prezentował swoje kompozycje i kompozycje japońskie z towarzyszeniem swoich córek. Cóż jedyną wartościową rzeczą na tym koncercie były owe trzy córki czeskiego muzyka. Czy ten muzyk zdawał sobie sprawę, że jedyną prawdziwą muzyką są właśnie one?

Dziewczyna ze słonecznikiem we włosach i chłopiec o włosach jak len.
Mogłabym o nich napisać jakiś wiersz. Ale po co?

Niedziela. Kolejna niedziela. Jedna z wielu, jedna jedyna? Ta jedna jedyna już była gdzieś tam nad mediolańskim kanałem. Niedziela plus moje przeziębienie. Właściwie to nie wiem przeziębienie, angina, grypa, zapalenie tchawicy, zapalenie płuc. Chorób może być nieskończona ilość. Która tym razem mnie nawiedziła? By się tego dowiedzieć wzywam lekarza. Nawet przez głowę mi nie przyszło, że ta wizyta, w tę a nie inną niedzielę przyniesie mi jakąś nową jakość rozumienia, pojmowania i odbierania drugiego człowieka. Oto w drzwiach stanął stary mężczyzna z torbą na zakupy z kółkami. Wyglądał jak bezdomny albo jakiś sztajf. I to miał być lekarz? W pierwszej chwili coś odrzuciło mnie od niego. Pan jest lekarzem? Zapytałam. Ależ oczywiście brzmiała odpowiedź. Niby nim był ale właściwie do teraz nie jestem tego pewna. Z torby wyciągał całkowicie pogniecione recepty i inne akcesoria. A wszystko spoczywało w tej torbie w jakimś monstrualnym nieładzie. Dziwny to był lekarz. Przebadał mnie i stwierdził: jest Pani zdrowa jak byk. No nie wiem czy ze mnie jest byk. Miałabym duże wątpliwości. Po czym zaczął opowiadać historie swojego życia. A opowiadał z coraz większą zawziętością i euforią. Jak szaleniec zaczął opowiadać o śmierci żony. Być może jego szaleństwo było tęsknotą za żoną. Jakby zapomniał swojej roli społecznej gwałtownie gestykulował, robił przeróżne miny i wciąż opowiadał o swojej zonie. Tak był jak szaleniec. Jego szaleństwo było prawdziwe i autentyczne. Zastanowił mnie, bo właśnie pisałam wiersz o szaleństwie, ale dopiero spotykając tego lekarze zrozumiałam czym jest prawdziwe szaleństwo. Tym bardziej odczułam papierowość swojego wiersza. Ale również zobaczyłam w nim siebie. Chciał wypisać mi receptę, ale nie mógł znaleźć swojego długopisu więc pożyczył ode mnie. Długopis, którym piszę wiersze teraz miał posłużyć do wypisania recepty. Ciekawe co jest bardziej poetyckie treść wiersza czy treść recepty? W jego wykonaniu odczułam że treść recepty wypisana ręką tego szalonego lekarza.

Cenię ateistów za odwagę, ale nie potrafię ich zrozumieć. Zresztą nie wystarczy zrozumieć, trzeba pójść dalej.

Jestem na potwornie nudnym wykładzie o historii kimona w Japonii.

Pisanie to jakby być komuś coś dłużnym, więc pisząc spłacamy ten metafizyczny dług.

Uczynność wobec okoliczności zwanej czasem
Zwabia mnie pod obce dachy i każe kokietować teraźniejsze
Teraźniejsze wchodzi siada vis a vis zamawia małą czarną
Patrzy w przeszłość jakby pozostawiło w niej swój bagaż
Otwieram gazetę na stronie gdzie udzielam wywiadu
Bagaż intelektualny bagaż uczuciowy
który z tych bagaży chciałbyś oddać do przechowalni?
Od nowa uczę się pisania tak jak od nowa uczę się siebie
Od nowa smakuję każdą sekundę
od nowa nakręcam zegarek na właściwą godzinę
ile tych "od nowa" by wreszcie dogonić siebie
w wywiadzie mówię o kimś kto nazywa się Ewa
ale czy to ta sama Ewa która to czyta?

Różnica między mówionym a wypowiedzianym.

Robię wywiad z profesorem Władysławem Stróżewskim. Rozmawiamy o sztuce. Profesor ciekawie mówi o pisaniu. Tym różni się prawdziwy poeta od grafomana, że grafoman pisze to co widzi, poeta ujmuje rzeczywistość pod jakimś, sobie tylko znanym kątem. Ten specyficzny sposób patrzenia na rzeczywistość przez poetów i artystów jest wartością artystyczną. Mówi też o dziełach, które wpłynęły na epokę: Homer, Dante, Mickiewicz. Ciekawe, czy w dzisiejszych czasach można napisać takie dzieło?

Czym jest mistyka?
Być może ręką, która dla przeciętnego człowieka jest niewidzialna, a dla mistyka staje się ręką, która jawnie prowadzi. Być może głosem, który nie tyle słyszymy, co w sobie widzimy.

Odnoszę dziwne wrażenie jakbym w każdej chwili stawała się kimś innym.

Żyjemy w trudnych czasach tyle wiedzy, tyle informacji, tyle tradycji, trudno to unieść, przetworzyć, przyjąć a może należy to wszystko po prostu odrzucić. Biblioteki, muzea, galerie, te niepoliczalne skupiska ludzkiej myśli. Ale czy myśl ludzka zmierza we właściwą stronę?

W ciągu jednego wieczoru być na dwóch wieczorach poetyckich to dopiero wyczyn!
Najpierw spotkanie przy okazji wydania książki "Pole Magnetyczne" o Miłoszu i Brodskim. Czcigodne grono, które zebrało się przy figlarnym stole i równie figlarnych krzesełkach użalało się jak to odchodzą mistrzowie, jak to ktoś siedział z Miłoszem na kanapce i... czytał wiersze, jak to Miłosz nie znosił eukaliptusów, jak to Miłosz napisał laurkę Brodskiemu, a Brodski Miłoszowi, to znów nastąpiła fala egzaltowanych zachwytów nad poezją poetów, ach ach och och zdawało się dochodzić z każdej szpary sali widowiskowej na Straszewskiego, to och och ach ach jakby domagało się od publiczności śpiewania na kilka głosów: ach ach och och, to znów rozdzierano szaty, że Miłosz i Brodski byli wygnańcami. Wygnańcami? Być może, ale na wyjątkowo luksusowych warunkach. Cóż, ja jestem wygnańcem we własnym kraju bez perspektywy na pracę czy uczciwe przyjęcie moich wierszy. Więc, które wygnanie jest boleśniejsze i prawdziwsze? Czuć się we własnym kraju jak na obcej planecie. Przychodzić na takie lub inne podobne spotkania gdzie ktoś udaje, że cię nie dostrzega, ktoś nie odpowiada na twoje "dzień dobry", ktoś się głupio uśmiecha.
Ale mimo to, że zakosztowałam małe co nieco wkurwienia i niesmaku ujął mnie krótki film z Brodskim. Opowiadał o swojej emigracyjnej sytuacji, o totalnej samotności gdy nagle za sprawą jednego gestu zdał sobie sprawę, że ten gest byłby taki sam na każdej szerokości geograficznej. Że na każdej szerokości geograficznej byłby tym samym Josifem Brodskim i pojęcie emigracji jako takiej nie istnieje. Coś w tym jest w końcu jesteśmy mieszkańcami jednej i tej samej planety, a nie tego czy innego państwa.

Kolejne spotkanie to promocja książki Adama Wiedemanna "Sceny łózkowe". Niestety czas mnie gonił, bo spieszyłam z wizyta do przeziębionego przyjaciela z torbą wypchaną cytrynami i innymi owocowymi dodatkami, więc posłuchałam kilku całkiem fajnych i zabawnych powiastek sennych Adasia i jego inteligentne odpowiedzi na równie inteligentne pytania. Fajne i zabawne powiastki z jego ksiązki czytał aktor leżąc w łóżku, które zostało specjalnie przyniesione niewiadomo skąd na okazje owego wieczoru. Spotkałam też Kaczkę, który ma w planach nagrania piosenki roku. I w ogóle w "Lokatorze" temperatura dochodziła do temperatury wrzenia.

Kupiłam kiedyś w antykwariacie na Brackiej starą kartkę, na której jest japonka w kimonie i z parasolką. Kokieteryjnie przechyla głowę w lewą stronę zupełnie tak jak Orion. I nagle zdałam sobie sprawę, że to nie jest japonka, ale mężczyzna przebrany za japonkę! Tajemnica tkwi w pasie obi, Orion ma w swoim pasie trzy gwiazdy, czyżby to był pas obi? Jaka historia jest na nim opowiedziana. Tyle ile jest gwiazd w Orionie tyle jest moich natchnień. I nagle ta mała filigranowa figurka zaczęła iść w moja stronę...

Manggha spotykam się na japońskim obiedzie z Hieronimem Szczurem. Uczę go jeść pałeczkami, ale albo on jest opornym uczniem, albo ja jestem złym nauczycielem, bo za nic nie mógł pojąć mechanizmu posługiwania się tymi dwiema magicznymi różdżkami. Oczywiście zamówiliśmy sushi, a na deser dorayaki. Ja podarowałam Hieronimowi z okazji jego cichych urodzin książkę Akutakawy Ryunosuke "Życie szaleńca". Odkryłam go przed pięcioma laty i od razu odczułam jakąś duchową poufałość. Po prostu byliśmy jakby ulepieni z tej samej gliny przy całej różnicy, że on ma skośne, a ja migdałowe oczy. No i to zdjęcie z papierosem. Jakby pytał mnie ze zdjęcia: poczęstujesz się? Chcesz ognia? W jego tekstach jest przestrzeń. Między wersami jakby zatrzymywał się czas. Może to nawet pustka. Pustka, której nie trzeba dopowiadać. Z Hieronimem rozmawiamy o literaturze włoskiej. Hieronim stwierdza, że Pavese jest bardziej poetycki w prozie niż w swoich wierszach. Pomyślałam, że być może jestem bardziej poetycka w życiu niż w swoich tekstach. Dochodzimy do wniosku że lata 40-te wydały mnóstwo poetów, lata 50-te to kompletna pustynia, i znów lata 60-te były wysypem poetów. Może to z powodu lądowania na Księżycu...


Maleńka furtka do zupelnie innego świata - grudzień 2006

Oglądam film "Amelia" . Jest to film o marzeniach. Odniosłam wrażenie, że moje życie było jednym wielkim marzeniem. Może nie było w nim nic realnego? Ale właściwie, która rzeczywistość jest ta realną? Która rzeczywistość jest ta właściwa? W filmie marzenia wygrywają. Jakby wrażliwość znalazła swoje miejsce w rzeczywistości. Jakby wyobraźnia była niezwykłą siłą człowieka. To jakby nawiązuje do koncepcji Hildegardy o czterech energiach. Energiach, które maja moc kształtowania rzeczywistości. Ale wysiłek wyrzeczeń jest takim trudem że nikomu się to nie udaje. Czy my wpływamy na marzenia czy marzenia wpływają na nasze życie? Rozmawiać z marzeniami to tak jak rozmawiać z mędrcem. Niekiedy najważniejsza jest cisza.

Taksówkarz skarży się, że zrobili z niego wała. Dlaczego wała? Pytam. A on na to że głosował na PiS i PO i i tak nie zrobili koalicji. Mówiąc to słucham go jakbym słuchała przemówienia po chińsku. Od lat nie interesuję się polityką i zupełnie nie wiem co się dzieje. Zabawne poruszać się ulicami jakiegoś państwa i nawet dobrze nie wiedzieć kto tym państwem rządzi.

Najlepszą w mieście herbatę przygotowuje mi Monia z mojej restauracji na Grodzkiej. Earl Grey z miodem i cytryną, herbata marzenie. Z Monią rozmawiamy o miłości. Zastanawiamy się czy mężczyźni potrafią kochać i być zakochani. W trakcie rozmowy przypomina mi się pewien sms od znajomej, która stwierdziła, że mężczyźni są brzydcy i nie mają piersi.
No tak ale mają kosmiczno nieziemskie intelekty. Przynajmniej niektórzy... Intelekt, inteligencja... nie wiem, ale od pewnego czasu powątpiewam w ich wartość. Być może cały sens życia tkwi w prostocie, naiwności, lekkomyślności, a nawet infantylizmie, przecież powinniśmy być wierni dziecku w sobie. To właśnie to dziecko najszczerzej i najbardziej spontanicznie potrafi cieszyć się każdym drobiazgiem. Nie czeka na rzeczy wielkie, ale w rzeczach małych odnajduje te wielkie.

Ostatnimi czasy wiersze jakby mi się wymykają. Do większych całości nie mam cierpliwości. A jednak piszę. Jakiś czytelnik do mnie napisał, że moje wiersze są jak najlepiej skrojone tajwańskie marynarki. Dlaczego akurat tajwańskie?

Odkryłam, że kobieta w zielonym moherowym berecie, która sprzedaje precle na krakowskim rynku jest również częścią tajemnicy. Również i ona jest jakąś odpowiedzią wszechświata, której nikt nie umie odczytać. Ja też. Jedynie niosę w sobie świadomość jakiejś intuicji, która prowadzi mnie do odkrycia, że ta tajemnica tkwi gdzieś blisko jej istnienia.
Jakie byłoby nasze zdziwienie gdyby okazało się, że tajemnica tkwi w codziennych, zwyczajnych czynnościach a nie w egzaltowanym epatowaniu metafizyka czy poezją.

Przytuliłam dziś do siebie siostrę zakonną. Czy to grzech? Ot tak, po prostu wychodząc z poczty podeszłam do niej, gdy stała ostatnia w długiej kolejce i wyszeptałam: niech siostra podejdzie bez kolejki, przecież już raz siostra stała kupując kopertę, na długość słów, które wymawiałam szeptem do niej, delikatnie przyciągnęłam ją do siebie i przytuliłam. Czy była zdziwiona? No właśnie nie i to mnie zaskoczyło. Przypomniałam sobie, że kiedyś do sklepu z bielizną weszła siostra zakonna i czuła się zupełnie swobodnie w przeciwieństwie do mnie, która odczuwa, że te wszystkie pieprzone falbaneczki, koronki, kokardki, podwiązki jakoś do mnie nie pasują. Kto więc nosi na sobie bardziej hermetyczny uniform?
A może unicorn? Odczuwać przy sobie jego obecność.

Zauważyłam, że siebie nie zauważam. Jakbym w wielu aspektach życia siebie odrzucała.
Jakby pewne aspekty życia były dla mnie nieosiągalne. Co ciekawe im bardziej oczywiste, ziemskie, realne, tym bardziej daleko ode mnie. Nie wiem jak to się dzieje, że tak niewiele rozumiem z realiów. Prawdopodobnie jestem jakimś wadliwym egzemplarzem. Albo po prostu poetą! To drugie wyjście wydaje się bardziej optymistyczne. Chyba nie należy rozgraniczać rzeczywistości na ważne i nieważne, bo wszystko jest jednakowo ważne. Najważniejsze?

Świadomość, że trud jest potrzebny, że to właśnie w trudzie tkwi piękno. Zmaganie się jest pięknem. Mamy tak mało czasu. Tak mało czasu by wszystko sobie powiedzieć czyli nic nie powiedzieć. Tak mało czasu by zestarzeć się. Tak mało czasu by przyzwyczaić się do starości. Być może tym zdaniem, które przed chwila napisałam dotknęłam tego, co przyszłe. Tego, co wciąż nieodczuwalne. Tak mało czasu by oglądnąć się za siebie i powiedzieć: wszystko było potrzebne.

Prowadzę warsztaty poetyckie w Studium Literacko - Artystycznym. I znowu to odczucie z jakiej racji akurat ja mam oceniać ich teksty. Kto mi dał takie prawo by oceniać. Przyznam, że to jakaś potworna odpowiedzialność. Jakaś potworna nieścisłość bo cóż ja poetka mogę im zaofiarować. Ocenę? Przecież ocenianie sztuki jest takie względne i właściwie nierealne. Mój student Przemek robi za gwiazdę, siedzimy w kawiarnie w Bunkrze Sztuki a on z teczki wyjmuje i wyjmuje swoje wiersze, wszyscy nabożnie biorą i czytają w wielkim skupieniu. I ja przeczytałam mówiąc: chłopcze więcej głębi, a on na to jakiej głębi? Kurwa głębi! odpowiedziałam. Właściwie to nie wiem jakiej, ale ciągle mi w wierszach brakuje tego czegoś. To coś jest nie do zwerbalizowania, ale jest wyczuwalne.

Spotkanie poetyckie z poetami słowackimi w "Lokatorze".
Stanka Repar, Oleg Pastier, Karol Chmel czytają swoje wiersze. Wiersze ciekawe, a fragment jednego wciąż brzmi mi w uszach:

może to wie
i cierpi
a ja tylko o tym piszę

jest to fragmencik wiersza Olega Pastiera.

Gdyby tak pozbierać wszystkie ulubione, zasłyszane fragmenty wierszy i stworzyć z tych fragmentów jeden wiersz.

Znów spotykam ludzi, inna szerokość geograficzna, inni ludzie, zmieniać miejsca tylko po to by znów usłyszeć coś ważnego, coś, co nadaje kierunek mojemu pisaniu, coś, co pomaga mi dorastać do własnych myśli, coś potrzebnego na dalsze. Tak jakbym była w ciągłej wędrówce. Nigdy nigdzie na stałe. Wszystko tymczasowe i tylko na chwilę.

Hieronim Szczur mówi, że Kraków jest nierzeczywisty. Być może dlatego czuje się w nim tak dobrze, bo sama jestem nierzeczywista. Oddalona od ludzi o setki kilometrów, oddalona od ludzi o to, co było w moim życiu nie do uwierzenia, o to, co było nie do przeżycia, o to, co było nie do zrozumienia, o to, co było nie do zniesienia, o to, co było ostateczne i wciąż trwa.

Nic tylko poeci, poeci, poeci, wiersze, wiersze, wiersze i ta świadomość że poezja jest iluzją. To poświęcanie siebie dla pisania, to chęć napisania czegoś wielkiego, najpiękniejszego, najważniejszego, chęć która nigdy nie będzie zrealizowana do końca. Bo sztuka to swego rodzaju pułapka. Coś co mami, daje tysiące nadziei ale wciąż umyka. Te dobieranie słów, te przestawianie słów miejsca na miejsce a żadne z tych miejsc nie jest właściwe.

Piotr Maur opowiada mi pomysł swojego wiersza: dlaczego Bóg wyrył prawo na kamieniach, a nie w ludzkim sercu? Ja odnoszę wrażenie jakby ten kamień był moim sercem.

Ludzie są tylko ludźmi a niebo wciąż pozostaje niebem.

Mam sen: śni mi się że Josif Brodski przychodzi do mnie na kolację. Jestem speszona i zupełnie nie wiem co przygotować. W końcu przygotowuje pierogi. Dziwne przypominam sobie jego wiersz o wigilii w którym wybierał się na pierogi.

Umieć cię ponazywać od początku do końca
Czym będą określenia jeśli nie przyziemna grą słów
Wciąż dla siebie niezrozumiałą i obcą
Każdy drobiazg może sąsiadować z czymś ostatecznym
Każdy gest może być tym najważniejszym gestem nieba

Z Hieronimem Szczurem plotkujemy i dochodzimy do wniosku, że wielu naszych znajomych parających się sztuka jest samotnych. Hieronim stwierdza że pozostają wierni swoim marzeniom kosztem życia osobistego. Ale czy ta wierność marzeniom nie jest jakąś ułudą?
Starcem, który zwodzi jak w opowiadaniu Hessego p.t. "Poeta".

Hildegarda z Bingen pisze o aniołach, które są gwiazdami, a przed Bogiem są książką. Zastanawiające czyż nie? Czym jest ta książka? Czym jest ksiązka p.t. "Corpus poetarum", którą Kartezjusz zobaczył we śnie? Czym ma być ta książka, którą wiele razy widziałam w Twoich rękach. Książka, którą dla Boga bywają aniołowie. Ksiązka w rękach św. Antoniego jakby chciał mi zwrócić to, co zgubiłam.

Drzewo nie jest drzewem
Deszcz nie jest deszczem
Łąka nie jest łąką

Zgłębianie świata. Próby jego zrozumienia, próby wyciągania jakiś elementarnych wniosków. Nic z tego. Paradoksalność znieważa rozum. Czas jest dobrym dzieckiem. Czas jest naszym wspólnikiem tej przedziwnej kradzieży. Chwile wypożyczone od szczęścia. W przemijaniu musi istnieć jakiś głębszy sens. Tak jak minęła tamta niedziela tak minie i ta niedziela i wszystkie możliwe niedziele. Ale czy rzeczywiście przeminą? Co za różnica tydzień czy całe życie. Względność czasu jest jak żart źle opowiedziany. Być może właśnie ten tydzień był naszym całym życiem. Buddyści znają postawę jak przezwyciężyć tą bezradność wobec czasu. Ale jak być buddystą jedząc namiętnie kotlety schabowe, chałwę i popijając to wszystko kawa lub gorąca czekoladą.

Jak brzmi słowo - klucz do serca mężczyzny?

Istnieją różne rodzaje inteligencji: inteligencja nadprzyrodzona, inteligencja niema, inteligencja matematyczna, inteligencja mistyczna, inteligencja logiczna, inteligencja intuicyjna, inteligencja błazeńska, inteligencja powierzchowna itd.
Inteligencja to coś, co pozwala nie używać słów, a raczej rozmawiać nie używając do tego słów. A jeśli słowa te są jak kostki domino, które używa się tylko dla oznakowania kierunku.

Kim są moi przyjaciele. Ci, których nigdy nie spotkałam, a których obecność jest dla mnie tak ważna. Ci, których spotkałam i dzięki, którym usłyszałam tak wiele ważnych słów. Zaznaje samotności, w której nie ma nic samotnego. Biegnę do samotnego domu tak jak biegnie się do kochanka. Tak jak biegnie się do wielkiej miłości. Co takiego jest w tej samotności że wciąż jej potrzebuję? A może to nie jest samotność tylko służba czemuś Niepojętemu. I to pytanie o pisanie. Nieustanne paranie się słowem. Próby ciągłe próby.
Przyjacielu bądź zawsze przy mnie tak byśmy się nie nauczyli czym jest pożegnanie.
Miłość to szukanie podobieństw, których nikt nigdy nie odgadnie, szukanie bliskości, której nikt nigdy nam nie odbierze.

Moja pierwszą ojczyzna jest pustynia
Moją drugą ojczyzną jest łąka.

Koncert współczesnej muzyki włoskiej: Luciano Berio, Goffredo Petrassi, Franco Donatoni, Giacinto Scelsi, Luigi Dallapiccola. Kompozycje ciekawe choć samo wykonanie dawało wiele do życzenia. Muzycy nie byli jednym z muzyką tak jakby tej muzyki po prostu nie rozumieli. Rytm utworów przywołało we mnie poczucie ruchu, ciągłego dalej, ale jak to dalej zatrzymać przy sobie? Było też sporo liryzmu. Tak jakby ktoś biegnący na spotkanie z kimś drogim otarł się o nas naznaczając nas dotykiem pragnienia i pożądania. Mnie ujął ostatni utwór Giacinto Scelsi ? V kwartet smyczkowy. To jakby studium krzyku. Krzyku, który zagłuszamy w sobie tysiącem niepotrzebnych czynności, krzyku, przed którym chcemy uciec błąkając się od kawiarni do kawiarni, krzyku, który hodujemy w koniuszkach palców okłamując siebie że przez przypadek coś wypadło nam z ręki.

Ludzie, którzy parają się sztuką tracenia lubią obserwować zmierzch. Zmierzch, który hodują pod skórą. Zmierzch, który płynie w ich żyłach. To powolne ubywanie światła, to słanianie się różnych odcieni szarości. Coraz mniej światła ujawnia czym naprawdę jest to, co obserwowane.

Jeśli jesteśmy w takim a nie momencie czasowym, w takim a nie innym miejscu na mapie świata, w takim a nie innym tu i teraz to znaczy, że jest to właściwe miejsce i właściwy czas bez względu na tęsknotę, na wspomnienia i pragnienia. Milton powiedział: Mniejsza gdzie będę, skoro będę sobą. Najważniejsze to być całym sobą. Największą sztuką jest być takim jakim się jest naprawdę. Nie przekłamywać samego siebie sobą.

Mam sen: dostaje w prezencie las, który jest świetlisty i jedno drzewo.

Jestem na spektaklu zespołu włoskiego z Padwy. Spektakl mnie oszołomił. Zobaczyłam wiersz. Tak zobaczyłam. Ja swoje wiersze albo słyszę, albo przeczuwam, albo widzę. Czy mają jakikolwiek związek z moimi myślami? Moja wyobraźnia jest nieustraszona pociąga za sobą tyle obrazów, tyle skojarzeń.

Żadna z moich książek mnie nie zawiodła, przeciwnie zaczynała żyć swoim własnym życiem i żyło się jej lepiej niż mnie. I wielokrotnie bywałam wzruszona gdy widziałam swoje książki w rękach obcych mi ludzi. Nie chcę iść drogami wyznaczonymi przez wielkich i mniej wielkich pisarzy. Chce odnaleźć własną drogę pełną buntu, obsesji i natręctw. Taką drogę która zaczyna się z nikąd i dąży do nikąd. To z nikąd do nikąd jest jakby manifestem pokory. Zrozumieniem bezsilności wobec własnego losu. Ale też to z nikąd do nikąd może zaprowadzić dużo dalej. W tym z nikąd do nikąd mieści się cały ogrom wolności. Tej wolności, która może ocalić nie tylko człowieka, ale i słowa.

Najwartościowsze są te gesty, które nie oczekują niczego w zamian

Taksówkarz mnie pyta: czy jeszcze się spotkamy kiedyś w życiu?
No właśnie, w którym życiu się spotkamy, być może spotkaliśmy się przed tysiącem lat i być może spotkamy się za tysiąc lat. Wierze w mityczną wędrówkę między stuleciami.

Żegnamy czas, który mógł być naszym pośrednikiem. Chwila wypożyczona od szczęścia trwa tyle co mrugnięcie powieką. Ale czym jest wszechświat jeśli nie jednym westchnieniem. Słyszałam jak oddycha niebo, to tak jakby pies biegł do swojego pana. Wywalczmy tę resztkę nieba , dla której ważniejsza jest miłość od wszystkiego innego. Każdego dnia spodziewaj się odkrycia nowego dnia. Każdej nocy może nadejść inna noc.

Znów Wrocław, święta a ja hildegarduję czyli pisze pracę o Hildegardzie z Bingen. Odkrywam w niej coś, co być może będzie niezbędne w myśleniu w przyszłości. Coś, co jest obecne i u Boemego, Blake?a, Swedenborga. Jej wrażliwe rozumienia świata. Wyższość duszy nad ciałem wyobraźni nad rozumem. No właśnie, Kartezjusz wmówił nam, że rozum jest najważniejszy odrzucając wyobraźnię, intuicję i dokonując redukcji tego, co w człowieku być może irrealne, ale istniejące! To Kartezjusz wpędził nas w ten labirynt logiczności i schematyczność myślenia racjonalnego. A ja wszystko co racjonalne i logiczne mam gdzieś.

Dostaje SMS ? a od Kaczki: Plakaty już wiszą. Sprawa poważna. No tak mamy występ Villi Decjusza 7 stycznia. Kaczka będzie śpiewał pieśni Schuberta z Winterreise, a ja mam mu akompaniować czyli brzydko mówiąc przygrywać. Trochę te plakaty mnie rozśmieszyły. Znowu jawią mi się jako coś ultra surrealistycznego. Plakaty wiszą a ja wciąż nie umiem grać tego swojego akompaniamentu. To tak jakby ktoś miał brać udział w rajdzie samochodowym, a dopiero zapisał się na kurs prawa jazdy. Zabawne.

Wrocław. Spotkania ze starymi przyjaciółmi. Podczas mojego świąteczno ? grudniowego pobytu we Wrocławiu tylko w jeden dzień padał śnieg. W dzień gdy spotkałam się z Sylwestrem Zawadzkim. Nie widzieliśmy się dwa lata. Ale co tam czas. Sylwek opowiada mi o swoim remoncie w domu jakby przez jakąś ostrożność nie mówi nic o poezji. Bo Sylwek stwierdził że poezja to szajs i już więcej nie napisze ani jednego wiersza. Gadamy o wszystkim i o niczym W pewnym momencie patrzymy na metalową konstrukcję sceny, którą przygotowują na sylwestra. Ta metaliczność obudziła w nas skojarzenia no i zaczęło się: Futuryzm! Marinetti! Peiper!!! Pobiegliśmy do kafejki internetowej pomyszkować pod hasłem Marinetti. Niestety wierszy nie znaleźliśmy. Jeszcze długo w nocy czytałam jego manifest: nie ma już piękna poza walką! Albo : sztuka w istocie może być tylko gwałtem, okrucieństwem i niesprawiedliwością! Sylwek tego wieczoru był szczęśliwy bo jakiś poeta dał mu w prezencie dywan za dwie puszki piwa. Sylwek skonstatował: żyje się bardziej po ludzku z dywanem niż bez.

W sobotę przed sylwestrem z Marcinem Czerwińskim i Sylwkiem Zawadzkim postanowiliśmy, że zrobimy mały clubbing czyli chodzenie od clubu do clubu, od pubu do pubu. Zaczęliśmy od Planety na wrocławskim Rynku. Muza była niezła. Oczywiście techno. Bo ja ostatnio tylko słucham techno. Żadnej klasyki no może poza Winterreise Schuberta. Plotkowaliśmy o wszystkich naszych wspólnych znajomych. O zdradach i miłościach. Naszą eskapadę zakończył pobyt w Clinik gdzie przy na niebiesko oświetlonej windzie chłopcy sączyli alkohole, a ja rozmyślałam dokąd ta winda prowadzi. Winda była jak nie z tego świata. Odnalazłam w sobie jakieś dziwne wspomnienie, ten błękit, te metaliczno- szklane drzwi windy coraz bardziej mnie hipnotyzowały. Miałam odczucie, że to nie może być ot taka sobie zwykła winda. Że ta winda to miejsce gdzie nasze ciała zamieniają się w energię świetlną i dzięki temu podróżują między odległymi galaktykami.

Moja samotność potężnieje. Ta moja wielka samotność, w której przedmioty są wyolbrzymione do rozmiarów przekraczających ich znaczenie. Ktoś nadał tej mojej samotności jakąś wartość. Ktoś umiał nazwać tę samotność. Siedząc przy swoim biurku czuję się sama w całym wszechświecie. Ale w tej samotność jest pewna maleńka furtka do zupełnie innego świata.

Ten niepokój
Jakby brak własnego miejsca
Jakbym wciąż biegła do kogoś
Do kogo?


Jesień nieskazitelna - październik 2006

Ileż radości może dać zaproszenie bezdomnych, żebrzących cyganek na ciacho i gorącą herbatę. Siedziały obok mnie jak dwa serca, jak dwa zabłąkane serca. Dwa przerażone serca. Ich ręce spierzchnięte, zmarznięte, zaniedbane, brudne i takie kochane. To te ręce każdego dnia wyciągają o parę groszy. Te ręce przeniknęła jakaś świętość.

Jest we mnie potrzeba i pragnienie jakiejś nadzwyczajności, cudowności, metafizyki. I nie jest to wymysłem czy dziwactwem. Jest raczej spełnieniem za każdym razem, gdy widzę, przeżywam, odczuwam, dostrzegam świat. Są momenty, w których naraz wszystko staje się dla mnie poezją. Wszystko mogłabym przemienić w poezję słowa. Z tej potrzeby, z tej zdolności obcowania z nadzwyczajnością, cudownością i metafizyką próbowano mnie obedrzeć. Próbowano odebrać to, co najbardziej liczyło się w moim życiu. Być może dlatego zabawiano się moim sercem. Ale nadzwyczajność jest nieosiągalna i niemożliwie bliska. Poniewierając mną ktoś miał nadzieję, że zapomnę, że utracę, że zrezygnuję z tego, co nadzwyczajne i metafizyczne. Nie przypuszczając, że im bardziej będę sponiewierana, tym bardziej nadzwyczajność będzie mi towarzyszyć. Aż dojdzie do takiego momentu, że stanie się przerażająco jawna. Że słowa staną się chmurami, które rozstępują się przed ogniem znaczeń.

Stworzyłam w sobie nowe serce, tak jak nauczał 600 lat temu Savanarola: "trzeba stworzyć nowe serce, otrząsnąć się z próżności i niegodziwości świata".

Spotykam Aleksandrę. Francuzkę która jest w szkole aktorskiej. Pamiętam nasze spotkanie w mojej kawiarni, gdy recytowała Krasińskiego. Jej twarz zmieniła się, jej głos przeszywał, jej gesty zaskakiwały. Ta dziewczyna nie tylko ma wielki talent, ale jest niezwykle piękna.

Regularnie chodzę na aerobik z elementami walk wschodu. Ileż uderzeń pięściami, ileż kopnięć nogami czy myślę wtedy o swoich wrogach?

Festiwal polifonia w Katowicach. Początek października. Jesień nieskazitelna, aż trudno zrozumieć spod czyich wyszła rąk. Skąd to światło leniwe, zachwycone, łagodniejące. Na festiwalu pojawiło się mnóstwo poetów. Dzięki temu poznałam Emanuela Baczewskiego tego od "Fortepianu". Ucieszyłam się ze spotkania bo od bardzo dawna chciałam go spotkać. Nigdy nie zapomnę jego dziesięciu argumentów na istnienie Boga to jeden z najpiękniejszych tekstów lat 90-tych! No i Marcinkiewicz jakby trzymający się na dystans. Ale prawdziwą rewelacją było spotkania poetki z jakiejś odległej wsi gdzieś koło Białegostoku. Ta dziewczyna to rewelacja! Cokolwiek nie mówiła wszystko było jak wersy z wiersza! Cała była jednym, kruchym, chodzącym wierszem. Nic dziwnego, że jako miłośniczka poezji asystowałam jej prawie przez cały czas. Zadając jej najrozmaitsze pytania od konwencjonalnych po najbardziej szokujące i prowokacyjne. Od pytania czy była zakochana do pytania czy się jej podobam. A ona na to: jak koleżanka czy jak lesbijka? Oczywiście, że tak jak lesbijka. Cóż, stwierdziła że lesbinizm to najsmutniejsza rzecz na świecie. Może nie tyle najsmutniejsza, co niekiedy przysparzająca wiele problemów. Oczywiście napisałam już o niej wiersz, tytuł wiersza lekko kiczowaty, ale słodki tak jak ona: dziewczyna w słomkowym kapeluszu.

Czy uciekam od rzeczywistości? Ale czym jest rzeczywistość, jeśli nie zbieranina czegoś przypadkowego. Przypadkowego? Niekiedy przyczynowość wydaje się tak doskonała. A jednak czy rzeczywiście rzeczywistość jest nam potrzebna do życia duchowego?

Rzeczywistość jest wartością umowną, naszą subiektywna naocznością, gdybyśmy odkryli obiektywizm rzeczywistości bylibyśmy oświeconymi. Ktoś zapyta co z twardą rzeczywistością? Już odpowiadam: twarda rzeczywistość to rozpraszanie właściwej siły na mnóstwo niepotrzebnych zabiegów, działań, usiłowań.

W Polsce wyczuwam jakiś mechanizm niszczenia talentu. Choćbyś się zesrał drutem kolczastym i tak będą przemilczać i udawać, że ciebie nie ma. I jeszcze ta zaściankowość, która pokutuje w każdym kąciku kultury i sztuki. Pokutuje po cichutku tak by nikomu nie przeszkodzić w błogostanie leniwego snu, czyli snucia się po opłotkach intelektualnych, myślowych i duchowych. Pokutuje przewrotnie nadając znaczenie temu, co bez znaczenia i odbierając znaczenie temu, co ma znaczenie.

Wracając do festiwalu polifonia. Oto wielka dyskusja na temat prozy polskiej i czego się dowiadujemy właściwie niczego, poza powtarzanym w regularnych odstępach, co ileś tam minut słowo: Masłowska. Nie wiem jak ci ludzie radzą sobie ze swoim umysłem, ale to pachnie mi jakimś przerażającym wpuszczeniem go w kanał. Czy nie szkoda inteligencji? Czy nie szkoda myślenia by oddawać go na usługi?

Habit, czy habitem można manifestować miłość do Boga? Jakby ten habit miał wszystko wytłumaczyć. Ale miłość do Boga jest jak chodzenie po ostrzu noża.

Pewna dziewczyna mi mówi, że powinnam grać w zamku w Transylwanii. Czyli znów jestem wampirem! Co za gówniane czasy. Nic tylko albo wampir albo czarownica. O wampirach już napisałam, co miałam do powiedzenia w moim eseju o Cocteau. Nic dziwnego, to dziewczę jest z Wrocławia. A przecież nie gdzie indziej jak właśnie we Wrocławiu nasłuchałam się opowiastek jakobym była wampirem, że nawet płaszcz nosze wampira! I kto to mówił? Czcigodni i wielce intelektualni studenci wrocławskiej filozofii. Dziewczę nazywa się Aldona Kopkowska. Co to za jedna? Cholera wie, szwenda się za poetami jak jakaś markietanka.

Jestem na urodzinach wydawnictwa Czarne w Dymie. Mnóstwo ludzi, swoja prozę czyta Malicki i Varga. Spotkanie prowadzi Agnieszka Wolny - Hamkało.

Dopiero spotkania towarzyskie uświadamiają mi jak bardzo jestem poza i jak to poza jest mi niezbędne. Ciągle szukam rzeczy niemożliwych. I o dziwo znajduje je!

Czy istnieje coś takiego jak prawda literacka?
Gdyby oprzeć teksty nie na rozumie, ale na intuicji i wyobraźni.
Pisać wiersz w rytmie czyichś śladów

Jest Pani najpiękniejszą kobietą jaką widziałem w swoim życiu - powiedział jakiś facet o wyglądzie co najmniej dziwnym, by nie powiedzieć podejrzanym. Słowem jakiś sztajf.
Dziwne, ale ta wypowiedź stała się dla mnie ważna i mająca dla mnie znaczenie. Nie dlatego, że padło słowo piękna, ale dlatego, że padło słowo życie. Być może byłam dla niego jakimś szczególnym momentem w tym brudzie, smrodzie i ubóstwie.

Jesteś głupia bo nie jesteś głupia
To mój nowy wynalazek myślowy
Jak wam się podoba?
Albo:
Nie odkładaj każdego dnia na później!
Albo:
Nie bądź głupia i bądź głupia

Spotkanie z Ewa Wawrzyńską, moją byłą studentką Studium Literacko-Artystycznego.
Mówi mi, że w moich nowych wierszach utraciłam swój język. Żeby tylko, wiem, że przez moją depresję utraciłam coś z siebie. I nie chodzi wcale o dobry czy zły humor, o takie czy inne nastroje, ale o coś ważniejszego i głębszego. Nie wiem, co mogłoby mi przywrócić moje dawne to coś. To tak jakby ktoś wyrwał coś ze mnie. Niby ta sama Ewa Sonnenberg, ale już inna Ewa Sonnenberg. Depresja jest szczególną choroba. Depresja degraduje człowieka. Nie pozwala mu być takim jakim jest przeznaczony żeby był.

Promocja antologii poezji francuskiej w instytucie francuskim na stolarskiej. Zaproszono Michela Deguy. Spotkałam go już kiedyś w Krakowie przy dziwnej okazji występu w Villi Decjusza. Już wtedy sprawiał wrażenie osoby w której zarozumiałość osiągnęła szczególny sposób autokreacji. To chyba polega na tym że taki ktoś czuje się jak pomnik. No i co z takim pomnikiem można robić? W Instytucie przeczytał z antologii tylko dwa wiersze, a potem dyskutował z Adamem Zagajewskim na temat sytuacji w poezji francuskiej. Przy okazji zdążył powiedzieć, że "Miłosz był głuchy jak pień". No tak, gdzie jak gdzie, ale powiedzieć coś takiego w Krakowie! "Coś takiego w Krakowie!" wykrzyknął Hieronim Szczur, który razem ze mną przeżywał męki słuchania zadufano - intelektualnych wywodów Deguy. Hieronim przeżywał męki podwójne bo na spotkania przyszedł prosto z gabinetu dentystycznego, w którym to gabinecie wyrwali mu zęba! I oto pojawia się poeta z wyrwanym zębem by posłuchać innego poety z wyrwanym poczuciem pokory.
Wyrwany ząb to jeszcze nic, gorzej jak chcą nam wyrwać to w co wierzymy, niekiedy nawet duszę. Znamy te gabinety upozorowanych uśmiechów i zainscenizowanych scenek.

Gdy ktoś mówi, że Einstein zbuntował się wobec tradycyjnemu pojmowania światła.
Gdy ktoś mówi, że w metafizyce powinna być matematyka.
Gdy ktoś mówi, że krzyku nie ma.
Wtedy dostrzegam siebie. Próbę zrównania się ze słońcem by mrok zaćmienia odbarwił wszelką łatwość myśli. Myślenie salonowe, w którym schemat przekreśla właściwe zrozumienie. Myślenie barowe, w którym uproszczenie pustoszy i niszczy. Więc jak myśleć by być w harmonii z drzewem? Jak myśleć i czy w ogóle myśleć by niczego nie uronić ze świata?

Nad przepaścią słów pojawiają się wilki znaczeń
Wygłodniałe krążą wokół przedmiotów
Rzeczy patrzą obojętnie jakby z wyrzutem
Że znamy ich nazwy
Czy chcą by dostrzec w nich inne znaczenia
Porozrzucane po szalach przypadkowych zwierzeń
Odbijają się w tarczy księżyców których jest tyle ile naszych oczekiwań

Co znaczą nasze gesty
Słodzenie herbaty jest jak niepewność
Zapalanie papierosa jak czekanie
W tych zwyczajnych czynnościach kryje się coś szczególnego?
Kto wyznacza im granice?

A przedmioty znów swoje
Po omacku szukają drogi do nas
Jakby wołały przez ścianę ze szkła
Ale ich krzyk - niewidoczny lub niemy
Może był jak błysk na jakimś drobiazgu
To wszystko egzaltowane lub chłodne
Przestawianie rzeczy z miejsca na miejsce

Syndrom "nowych butów" Nowe buty ubiera się na randkę, które niezgrabnie skradają się pod stołem do swojej wybranki. Wybranką są dwie ekstatyczne szpilki lub pociągłe, gotyckie botki. Nowe buty uwierają realności, są jakby jej wyrzutem sumienia, jej słabym punktem w demobilizacji szczegółów.

Pociąg relacji Kraków - Wrocław. Jakby się wydawało pociąg nie byle jaki bo intercity. A tutaj naraz tuz za Krakowem pociąg zaczyna się palić. Biało od dymu. W przedziałach totalna panika. Ludzie wyskakują z pociągu, ktoś pociągnął za hamulec bezpieczeństwa, stajemy w szczerym polu. Co ciekawe i ja uległam panice i co w tej sytuacji wzięłam ze sobą? Torebkę z wierszami i plecak z kosmetykami! Wiersze jak wiersze, ale te kosmetyki! Zostawiła nawet komputer. Nie mówiąc już o walizce.

Wrocław. Sprawa tego miasta wciąż żywa. Te rany, te walki, te potrzaski, te spiski, te pułapki, te intrygi. Wracając tutaj wracam jakby do odczucia zranienia. Jak odbierać miasto, które było sprawcą tak wiele złego w moim życiu. Opowieści tego miasta nie są szczere. To po tym mieście zostały mi blizny, które wciąż otwierają się i krzyczą. Słyszę je za dnia i w nocy. Czy kiedykolwiek się uciszą? Po przyjeździe zastaje pustkę. Jakby z mojego mieszkania wyprowadziły się wszystkie duchy. Gdzież to podział się genius loci, być może wyjechał na wakacje albo do sanatorium albo przeprowadził się w jego tylko znane miejsce.

Śnieg. Znów śnieg na Świdnickiej. Delikatnie prószy tak jak wtedy gdy ...pisałam wiersz Niepewność. Gdybym... Minęło tyle lat, a nie dowiedziałam się do kogo tak naprawdę pisałam ten wiersz. I kto wyszeptał mi go do ucha. Bo ten wiersz zanim został zapisany został mi wyszeptany. Być może było to natchnienie. Być może. Z kim połączył mnie ten śnieg?
Z kim jeśli strzegę pewnych słów jakby należały tylko do nas, nie wiedząc czym to my jest.

Jestem na Wrzosowej. Opuszczony dom rodziców. Dom, w którym powstało tak wiele moich wierszy. Dom, z którego moi rodzice musieli uciekać.

Najpierw była Wenecja i portret "Młodzieńca" Lorenzo Lotta w Museum Accademia. Potem był Paryż i wystawa retrospektywna Lorenza Lotta i oczywiście znów obecność "Młodzieńca". Nie wiem dlaczego, ale ten obraz budził we mnie wielkie emocje. Ileż razy wracałam do tego obrazu. Czy był wysłowieniem ideału? Gdy go spotkałam to było tak jakbym spotkała tego młodzieńcem o ileś lat później. Nie ważne, że portret powstał pięćset lat temu, nie ważne, że teraz jest teraz. I naraz ta sama twarz napiętnowana smutkiem, te same oczy, takie oczy płaczą bez łez. Ta sama melancholia w zarysie ramion. Ta sama gorycz w kącikach ust. I to samo olśniewające światło w uśmiechu. Ta sama delikatność rąk.

Nakładanie się czasu na czas. Ta obojętność w namiętności. Ta namiętność w obojętności.

Wielki wybuch wciąż nas dotyczy. Wciąż bierzemy udział współtworząc galaktyki, drogi mleczne, planety, gwiazdy. Wielki wybuch, który miał miejsce w moim życiu. Mój prywatny Big Bang, podczas którego powstały nowe galaktyki moich przyjaźni, nowe planety mojego serca.

Zajęcia w Studium Literacko ? Artystycznym. Oto mam uczyć pisania w Szkole Pisania ze świadomością, że pisania nie można nauczyć. Czyli uczę czegoś, czego nauczyć nie można. Cóż, paradoksy są moją specjalnością.

Niektórzy z tych młodych ludzi dobrze myślą. Dobrze myślą, a nie umieją pisać. Może pisanie jest niezależne od myślenia. Jedno wiem pisanie jest tajemnicą. I ta cudowna niepewność każdego następnego tekstu. I ta niesamowita droga przeczuć.
Jedna ze studentek na pytanie po co pisze napisała: Gdybym to napisała byłoby mi trudniej.
Zafascynowało mnie to zdanie. To zdanie startuje z pewnego pułapu. I to z tego najwyższego.
Na wykładach przywołałam kapitalne stwierdzenie pewnego hiszpańskiego prozaika, który stwierdził, że w Hiszpanii jest teraz moda na pisanie wierszy. Stary czy młody, głupi czy mądry, utalentowany czy beztalencie, poeta czy grafoman oddają się sztuce pisania wierszy. Dochodzi do tego, że czcigodni urzędnicy po powrocie z teczuszkami do domu wkładają swoje papcie i tworzą. O efektach nie wspomnę. Hiszpański prozaik nazwał ich kapciowymi poetami. Ale poezja może być różna np. pościelowa, taka na och i ach, albo zasznurowana zapięta na ostatni guzik, lub poezja ostrożna, wyrachowana obliczona na tani efekt, nie wspomnę o poezji mechanicznej z doskonałym warsztatem, w której nie ma ani krzty ducha. Można by mnożyć te abberacje poetyckie. Nie mówiąc już innych abberacjach.

Np. zapach perfum. Nie wiem dlaczego, ale są dla mnie kwintesencją kobiecości, połączenia ich skóry, wilgoci i temperatury. Ile zapachów perfum tyleż kobiet. Zapach Lou lou przypomina mi pewna czarnulkę, kosmiczna ślicznotkę o oczach kota. Zapach Opium każe mi wracać do mojej femme fatal, dla której z delikatnego chłopca stałam się brutalem (haha).Zapach "Jungle" to kobieta w sukience koniecznie w kwiaty, która mimochodem musnęła twoją rękę. Albo zapach Coco, który przypomina mi pewną zagubioną dziewczynę. Itd. Mogłabym mnożyć w nieskończoność. Kobiety zapamiętuję zapachem. A mężczyzn?
A to tajemnica.

Miłość może być złudzeniem, ale jakże miłym złudzeniem. Miłość potrzebuje słów:
Zadedykuj mi wszystkie nocy, bym mogła z nich czytać jak z twojego ciała.
Może słowa miłości dziwią się sobie, jedno przez drugie próbuje ukoić niecierpliwość.

Jakaś para zakochanych rozmawia o kupnie i wielkości łóżka. Nic dziwnego, jakby nie było łóżko to ich warsztat pracy.

Ja jednak wolę uprawiać miłość ze słowami.

Co przesypuje się między palcami? Czas? Te wszystkie wystawy, wernisaże, wieczory poetyckie, koncerty, spektakle, balety jakbym po prostu nie wiedział co ze sobą zrobić. Jakby to miało coś zagłuszyć, ale co? Tego nie wiem. Lub jakbym czegoś poszukiwała, ale czego? Inspiracji? Zdałam sobie sprawę z lokalności tego wszystkiego, z wąskiego i okrojonego wymiaru.

Spektakl butoh w Centrum Manggha. (7.11.2006) Tytuł spektaklu: wszechświat w kropli.
Coś w tym jest. Przypomniałam sobie moment gdy idąc Małym Rynkiem na rękę spadła mi kropla deszczu. Była tak ciężka i wielka, a może to był wszechświat? Moja ręka i ręka tancerza, który rozpoczął spektakl tańcem rąk: hipnotycznym i jakby ze snu. I jeszcze ta ręka, która spragniona jest dotyku. Butoh to wyrażanie ciałem namiętności duszy. Butoh uważany jest za mroczny taniec, bo polega na obnażaniu własnej duszy. Na dotarciu do najgłębszych pokładów naszego ja. A to bywa trudne i niekiedy ocierające się o szaleństwo. Jakie piekła przebywają w ludzkich duszach? Jakie walki?


Wrzesień 2006

Budapeszt. Dworzec Keleti. Budapeszt w drodze do Belgradu. Restauracja dworcowa z białym fortepianem. Gdy byłam dwa lata temu też był. Bez względu na śmierć mojego ojca, miłości, rozstania biały fortepian nieustannie na swoim miejscu. Jakby nigdy nic usurrealistycznia to miejsce i tworzy go dziwnymi i niepowtarzalnym. Próbuję coś zamawiać, ale ten kosmiczny język czyli węgierski jest poza moimi możliwościami językowymi. I oto nagle otacza mnie ten dziwny język, w którym słowo : lody brzmi: fagylaltkelyhek. Czy wyobrażacie sobie takie słowo na łagodne, niewinne i dziecinne lody? A jednak. Fagy...
Jakimś cudem wypiłam dwie kawy i ruszyłam dalej.

Wczoraj uzmysłowiłam sobie od - do pisania. Uderzyłam całą sobą o granice pisania. Bez względu na głosy w tej sprawie pisanie, sztuka też ma swoje bardzo odległe granice. Uderzyłam swoją świadomością o jego wyłączność nazywania pisania zawodem. Dziwny to zawód. Dziwna ta moja pasja, która kilkanaście lat temu całkowicie mną zawładnęła. Naraz stanęłam obok tej pasji. Może sprawił to fakt wydania tomiku w obcym języku. Jak poukładać w sobie te teksty brzmiące w innych rejestrach, w innych kulminacjach, w innych skalach. Naraz ogarnęłam te kilkanaście lat jak jedną całość. Całość szaloną i nielogiczną. Być może czas by wyłamać się z tej całości, wyłamać z tych kilkunastu lat i pójść być może jakąś inną drogą poetycką. Ale jaką? Tajemnica. Rozpoznać siebie z wtedy i z teraz.

Obok białego fortepianu czytam młodego poetę, który przesłał mi swoje wiersze. Czytanie wierszy w swoim języku na obcej ziemi. Tam gdzie otacza nas zupełnie inny język, to dopiero doświadczenie. I wiersze jakby się inaczej czytają. Bardziej wyraziście i kontrastowo. Dawid bo tak ma na imię ten młody poeta pisze: Power, sex i dobry bajer rządzi światem. Próbuje się z nim zgodzić, ale jakoś nie potrafię. To co rządzi światem zupełnie mnie nie interesuje i nie powinno interesować poezję. Interesuje mnie natomiast to, co do tego świata nie przystaje i myślę, że moją poezje też. W swoich wierszach Dawid próbuje koniecznie coś zrozumieć, a przecież w poezji wcale nie chodzi o zrozumienie, ale o intuicyjne odczuwanie, nazywanie i postrzeganie świata.

Ach ci młodzi poeci. Teraz już wiem dlaczego Beaudlaire obawiał się młodych poetów. Chyba zacznę dostawać wysypkę na widok każdego młodego poety lub pewien rodzaj młodego poety, bo ci poeci dzielą się na różne rodzaje newralgiczny, aptekarski, nijaki, podczołgowy, mydlany, koguci. Np. poeta z ambicjami bycia erudytą mam ochotę spuścić takiego z wodą w kiblu. Mam ochotę kopnąć go w dupę i w ten sposób wyrazić czym jest poezja.

Wracając do pisania. Wydawało mi się, że pisanie jest sferą poza realną, poza rzeczywistą. Wydawało mi się , że pisanie uchroni mnie od przyziemności. Będzie czymś, co oddali mnie od tego, co zwyczajnie, małostkowe, prozaiczne. Aż nagle odczułam, że i pisanie chodzi nisko przy ziemi, że i pisanie bywa prozaiczne i przylegające do rzeczywistości.

Przyjazd Joanny do Krakowa. Jesteśmy znów razem, wspólne marzenia i wspólne pragnienia. Joanna to kluczowa osoba w moim życiu. Gdybym miała stworzyć idealną definicje przyjaciela opisałabym naszą znajomość, nasze uczucia do siebie. Goszczę ją u siebie, cieszy mnie to, że siedzi przy moim stole i wspólnie zjadamy posiłki. Jest w tym swoista tkliwość i czułość. Znów razem, mam wrażenie, że to sen. Chce jej jak najwięcej dać, jak najwięcej pokazać Krakowa, i przede wszystkim miejsca, które kocham. Joanna podąża za mną i wspólnie na nowo okrywamy Kraków. Trzeba odwagi by wypowiedzieć uczucie, ale my wypowiadamy je gestami.

Gubiąc odnajdujesz
Odnajdując gubisz

Odrzucając przekłamanie i nie mówienie rzeczy do końca
Wezbrać znów wezbrać czynieniem słowa
Wyjaśniać rzeczy niewidzialne
Oto definicja poezji!!!!!!!!!!!!!!!

Belgrad na dworcu czekają Biserka Rajcic i Dejan Matic. Wyłaniam się z pociągu z wielką walizką wypchaną wierszami i sukienkami wieczorowymi. Jedziemy jakąś rozlatującą się taksówką, bagażnik otwarty na oścież tak, że moja walizka podskakuje i powiewa na wietrze. Prawie jak z filmu Kustoricy.

Mieszkanie Biserki jest świątynią literatury. Na najwyższym piętrze jednego z niezliczonej liczby wieżowców, jakby między ziemią a niebem, książki, książki i jeszcze raz ksiązki.
No i zdjęcie Herberta, który patrzy ukosem i uśmiecha się. Jakby do mnie mówił, teraz ty jesteś poetką i co? Czy potrafisz to przełknąć? Czy potrafisz reagować na oczekiwania czasu, epoki? Czy weźmiesz całą odpowiedzialność za to, co piszesz? Czy rzeczywiście to jest twoim przeznaczeniem? Zrozum, co to znaczy?

Wieczory, promocje, szum medialny. Oto mój pierwszy tydzień w Belgradzie. I jeszcze to dziwne uczucie, że pisało się gdzieś wiersze na końcu świata, w małym pokoiku nad brzegiem łąki, nieopodal lasu, niekiedy w poczuciu odrzucenia, niekiedy w poczuciu totalnej samotności i naraz te same wiersze są nie tylko przekładane na inny język, ale i słuchane, czytane, interpretowane, cytowane, przeżywane, kochane, potrzebne gdzieś na zupełnie innej szerokości geograficznej. Oto nagle przechodzą z tego samotnego pokoiku na scenę oświetloną tysiącem gwiazd i reflektorów.

Jestem w bibliotece oglądam starodruki. Psalmy Dawida i Senekę.

W ogóle Serbia jest wyjątkowym krajem, krajem, który poeta może pokochać. Na każdym zegarze jest inna godzina, a taksówkarze częstują cukierkami. Serbia pełna ludzi prawdziwych, szczerych, autentycznych. Nie ma w nich szablonu ani wyrachowania egzystencjalnego.

Wieczór w klubie Make up. Schodzą się młodzi poeci. Młodzi serbscy poeci są bardzo ekspansywni, ambitni, oczytani, wykształceni. Wracając z wieczoru żebraczka prosi mnie o pieniądze i wącha moje kwiaty. Żebracy z nas kpią. Z naszej rządzy gromadzenia przedmiotów i zdarzeń. Patrzą na nas z wyższością i na dodatek mają do tego jak największe prawo!

Moja książka Imperium Łzy jest książką dnia! To brzmi trochę idiotycznie jak z francuskiego menu zupa dnia.

I znów telewizja, radio, kapelusze, lody
A ja rozmyślam nad cyklem wierszy dla Joanny?.

Sergio to organizator wieczorów poetyckich w pewnym małym, prowincjonalnym miasteczku. Ale jest w tym paradoks bo niby prowincjonalne miasteczko, a gościło wielu wspaniałych poetów: Venclowa, Lipska, Szymborska, Ginsberg itd. Sergio znał Ionesco i jakby połknął bakcyla absurdu. Koniecznie chciał bym mu zadała pytanie, ale ja zupełnie nie miałam na to ochoty. Oczywiście tym pytaniem miałam zahaczać o absurd. Wspólna kolacja z Sergiem, ja wymykam się niby na chwilę i w przylegającej sali dołączam się do wspólnego tańca. Ta sala tańczących ludzi to dopiero metafora i absurd! Przyłączając się do tańca jakbym przyłączała się do życia i naraz staje się jednym z tymi ludźmi. Ale jestem jakby od nich inna. Nie przystaje do nich strojem, wyglądem, nie przystaję do tej roztańczonej metafory jakiegoś makabrycznego dance macabre.

W Serbii, gdzie uwielbiają Homera doszłam do wniosku, że Odyseuszy jest dwóch, a Penelopa jedna.

Kolonia artystyczna w Cortanowcach. To było jedyne w swoim rodzaju spotkanie. Spotkanie poetów i prozaików, których połączyła pasja do pisania. Mieliśmy sobie tak wiele do powiedzenia. Najcudowniejsze były wieczory i noce gdy na tarasie wśród drzew rozmawialiśmy o sztuce. Było w tym coś wyjątkowego. Pamiętam ostatni wieczór gdy każdy z nas recytował wiersze w swoim języku. Mnóstwo wina, papierosów, i metafor?.

W Cortanowcach oprócz zamku odnalazłam tajemniczy mostek i kamienny trakt do krainy słów.

Obiad nad brzegiem Dunaju, Grają cyganie, wino, śpiew, jedzenie wyśmienite w olbrzymich ilościach.

W Serbii najbardziej smakują mi desery. Bahlava.

Co jest potrzebne pisaniu przedmioty, słowa, uczucia?
Pisanie to kolekcjonowanie jednorazowych skojarzeń.

Nikt mi ciebie nie wywróżył. Choć przepowiedział mi ciebie pewien wiersz. Ten wiersz, który zastałam na progu mojego domu. Najpierw uwiodły mnie słowa, potem ty. Zastałam cię na wyrywki z jakiegoś cytatu może świata, może wszechświata, wielkość jest nieważna bo ta drobina, która jest twoją źrenicą ogarnia całość. Najpierw pojawił się wiersz potem ty.

Samotnie w swoim pokoju gdzieś nad brzegiem Dunaju. Światło zagląda do wnętrza liścia. Pokaż się Ty, który jesteś każdym i nikim. Ty który nauczyłeś mnie swojego języka. Wiatr jest twoimi myślami. Wnętrze liścia jest czułym zaproszeniem poza scenę, poza granice
języka. Ktoś śpi myśląc, że się przebudził.

Każdy próbuje odpowiedzieć na pytanie, którego nikt nie zna.

Natrafiam na fragment eseju Susan Sontag "Przeciw interpretacji": to co jest ważne dzisiaj to odkrycie na nowo swoich zmysłów. Musimy nauczyć się widzieć więcej, słyszeć więcej, czuć więcej.

No właśnie, być może dlatego napisałam cykl wierszy, którego pierwszym rdzeniem tytułu jest NAUKA.

Robert Juan- Cantavelle, hiszpański prozaik mówi o polskim antropologu Bronisławie Malinowskim, który pisał, że trzeba być z tubylcami by poznać ich zwyczaje, a jednocześnie w swoich dziennikach pisał, że ma dość tych pieprzonych plemion i chce do cywilizacji. Podobnie jest ze mną jestem poetką, a jednocześnie nie znoszę literatury. Tego
egzaltowanego puszenia się, tego przeżywania swoich bebechów. Brr A jutro znów napiszę wiersz.

Tutaj wieczorami cykają koniki polne i kumkają żaby.

Ryzykować. Odmierzać sobie własny czas. Dorastać.

Przez chwile odczułam drzewa jakby były rysunkiem, płaskorzeźbą na moim zapatrzeniu.

Zabawne, ale gdziekolwiek nie byłam miałam ze sobą karteczkę napisaną w języku danego kraju dotyczącą jaka powinna być moja fryzura i tak zwiedziłam prawie wszystkie salony fryzjerskie Europy.

Wylądowałam w Nowym Sadzie w ekstra kafejce. Jest w niej istota kobiecości ocierająca się o delikatny kicz. Mille fiori tysiące kwiatów i rzeczywiście w kawiarni jest nie tylko pyszna gorąca czekolada ale i tysiące kwiatów.

Poranek w najstarszym gimnazjum na Bałkanach, do którego chodził największy romantyczny serbski poeta Branko Radiczewicz. Poetki serbskie dają mi swoje tomiki. Jedną z nich, uroczą blondyneczkę pytam o ulubiony wiersz. Odpowiada, że jest to wiersz o miejscu urodzenia i o dzieciństwie. W dzieciństwie muzyka do snu było dla niej stukanie maszyny do pisania bo jej ojciec był dziennikarzem.

Im mniej poezji tym lepszy wiersz
Im mniej wyobrażenia czym jest prawdziwa poezji tym prawdziwszy wiersz
Im mniej pragnienia poezji tym więcej poezji którą się pragnie

Hiszpański prozaik wpada do źródła i z mokrą stopą recytuje prozę życia.

W Gimnazjum jakby nigdy nic usłyszałam serbską tradycyjna muzykę ludową: pieśń, którą śpiewał Srdan Asanovic. W jej melodii było coś metafizycznego.

Wieczór poetycki w bibliotece w Pancevie. Kulawa dziewczyna, która idzie po mój tomik.
Co miało większą wartość jej stopy czy wiersze?
Wierszem? To jej stopy są najpiękniejszym poematem.

Odkrywam poetę serbskiego Vasco Popa. Dejan Ilic na pytanie jaka jest jego poezja powiedział, że kiedyś na dworcu kupił jego tomik i czytając go przegapił kolejne cztery pociągi. Dejan Ilic jest dobrym duchem Koloni w Cortanowcach.

Słonce, błękity, ważki, jaszczurki, świerszcze. Potrzeba miłości, w którą jestem zapatrzona.

Spotykam tłumaczkę japońska, która śmiejąc się, jakby nigdy nic mówi, że wielu japońskich pisarzy popełniło samobójstwo. Ten śmiech w obecności śmierci jest czymś szalenie japońskim. Uwielbiam japończyków. Kocham japończyków. Japończycy to dla mnie jakby wyższa rasa ludzi.

Szwendając się ulicami Belgradu spotykam chłopca z papugą na ramieniu.
Papuga ma na imię Nestor, co znaczy Nauczyciel.

Po takiej miłości jaka miłość
Po takim zrozumieniu jakie zrozumienie
Po takiej wiedzy jaka wiedza

To, co kiedyś było na zewnątrz niej, teraz jest wewnątrz niej.

Spacer nad Dunaj. Kwiaty cukinii. Kozy. Czerwona lokomotywa. Żaby.
Umberto Fiori recytuje "Boska komedię" Dantego

I hamak nad samym brzegiem Dunaju. Wspomnienie dzieciństwa przeszywa mnie na wylot.

Czy gesty wciąż pozostają nieoczytane?

Klasztor prawosławny. Biel ścian, róże. Suszące się orzechy.
Drewutnia, zapach drewna. Znów powrót do dzieciństwa.

Igor Marojevic mi mówi, że jest wyjątkowym chuliganem.
Ubiera się w czerń i biel, tak jak sposób widzenia aniołów z "Nieba nad Berlinem".

Wielowymiarowość świata jest czymś pięknym.
Ten czas w czasie
Ta przestrzeń w przestrzeni
Ta brutalność w delikatności
Ta wiedza w niewiedzy
Ta namiętność w obojętności
Ta obojętność w miłości

Mam słabość do kelnerów. W ich służeniu i uprzejmości jest coś perwersyjnego.

Natrafiam na wiersz Vojislav Karanovica w Tyglu kultury. Wiersz brzmi:

Dziewczynka stąpa po
Łące, ledwie dotyka
Ziemi. W ręce trzyma
Kwiat. Jego korona
Kolorem przypomina niebo
Nad jej głową anioł
Porusza skrzydłami
Przez jego czoło
Przesuwają się obłoki
On nie chce jej opuścić
A wie że musi I ta
Wiedza czyni ów
Widok po trosze strasznym.

Dziewczyna na łące, ta łąka jest jakby metaforą niewinności, czegoś, co umknęło przed światem. Łąka jest jej nieświadomością. Być może ta łąka jest jej wyobraźnią. A może bezgraniczną ufnością. Tylko łąka może być jej światem, bo w łące nie ma wiedzy, nie ma nawyków, nie ma okrucieństwa, nie ma zaskoczenia. Łąka to łagodny przepływ czasu. Czy łąka wymaga od nas dojrzałości? Zawsze jest jakies "przed" i "po". To /przed/ ma coś z ryzyka. To /po/ z tajemnicy. To właśnie stan /przed/ włada świadomością dziewczynki z wiersza. Stan, w którym jesteśmy oczyszczenie z /po/. Bo /po/ wcale nie musi oznaczać następstwa czasu. Niekiedy /przed/ może wystąpić w następstwie /po/.
Niewinność ma coś z ryzyka. Dobro niekiedy przeraża, bo uzmysławia, że gdzieś blisko czai się zło. Być może dlatego ów widok dziewczynki w przestrzeni dobra jest taki przerażający.
Nie wiem dlaczego, ale ten wiersz stał się dla mnie ważnym momentem.

6 rano pociąg do Ljubliany. Siedzę z Dejanem na dworcu. Wiatr, deszcz. To Belgrad płacze, że odjeżdżasz ? powiedział Dejan.

Mknę pociągiem przez Bałkany z wielka walizką, na miłosnym rauszu, ze wspomnieniami jednych z najpiękniejszych dni w moim życiu.

Ludzie chorzy, prześladowani, odrzuceni wszyscy ci, którzy oswajają sytuacje graniczne otrzymują w zamian coś szczególnego, jakiś nadzwyczajny dar, jakby szósty zmysł. Odczuwają i rozumieją dużo więcej...

W Serbii każda sytuacja, rzecz, zdarzenie, spotkanie, rozmowa ocierała się o inspirację.
W Słowenii natomiast ta inspiracja spoważniała, uspokoiła się, wyciszyła.

W pociągu z Belgradu do Ljubliany pojawił się przy mnie kelner z tacą, na której była jedna, jedyna kawa w plastikowym kubeczku. Ta jedna, jedyna kawa niewymierna w swej jedyności, jedyna i niepowtarzalna kawa, kawa jak na zawołanie, jak na pstrykniecie z palca stawała się z sekundy na sekundę bardziej kawowata. Jedna, jedyna kawa. Odczucie tej kawy było jak odczucie idei platońskiej. I więcej było jakby ucieleśnieniem surrealizmu. Ten widok rozbawił mnie bo był arcy arcy absurdalny. Tak absurdalny, że palce lizać.

Na kolacje jem spaghetti z truflami.

Oszukać porę może czas, że wcale nie jestem taka jaka jestem.

Żeby choć niewielki procent przekazać ludziom z tego, co przeżywam.
Choćby ułamek tego piękna, które rysuje nie na zewnątrz, ale wewnątrz mnie obrazy
Choć niewielką część tej wielkości, która ogarania niekiedy moją duszę

W dyskusjach o poezji brakuje kogoś, kto zbuntowałby się przeciw takim dyskusjom.

Spotykam Taje Kramberger! Ileż lat. Ostatnio widziałyśmy się nad brzegiem Adriatyku, gdy na okrągło byłam pijana. I znów ona. Nie wiem dlaczego, ale lubię tę dziewczynę. Być może imponuje mi. Jest cholernie utalentowana. Taja pisze mi swój adres opierając kartkę na kamieniach. Dotykam później tych kamieni. Są ciepłe i jakby przejrzyste. Jak szklana kula w której można zobaczyć przyszłość.

Na międzynarodowych festiwalach poetyckich frapujące jest to krążenie różnych tradycji.
Anglia - Szekspir, Polska - Norwid. Itp. To jakby spotkanie rożnych epok.

Spotykam hinduskiego poetę. Jest trochę tajemniczy i zna wartość słów. Tłumaczymy swoje wiersze. Okazuje się że operujemy tymi samymi kodami poetyckimi. Jego ukochany poeta to Rilke. Zadziwia mnie to, że ktoś z drugiego końca świata ma takie same typy poetyckie. Hindus przybył do Europy ze swoją piękną żoną, która na powitalną kolacje założyła sari.. Ktoś powiedział, że sari jest jak wiersz.

W ostatni wieczór grali nam cyganie, a my tańczymy jak szaleni. Co to była za noc! Tańcząc nagle zaczął padać deszcz, a my odczuliśmy to jako dar z nieba. Rozległy się okrzyki radości i tańczyliśmy nadal jakby z deszczem.

Spotkałam tak wielu wspaniałych ludzi. A jednak odsuwam ich na bok, wkładam ich jakby do tekturowego pudełka po butach i boso biegnę na spotkanie z kimś , kto...


Sierpień 2006

Księżyc jest bliżej niż ludzie obok mnie
Skąd to poczucie bliskości?
Pod palcami światło księżyca

ADAB - duchowa uprzejmość Drogi

Wyobraźnia woła, ale umysł nie chce ruszyć się z miejsca.

"Bądź głupi nie czytaj gazet" pojawiły się napisy na wielkich plakatach. Dają po oczach z każdego miejsca miasta. Szlak mnie trafia jak widzę takie napisy. To wulgarna manipulacja ludźmi. Narzucanie papki publicystycznej. A może jest odwrotnie: czytaj gazety bądź głupi!

Ciała po miłości są rozpoznawalne. Emanuje z nich specyficzna temperatura uczucia.

Spotykam Mirę Kuś. Pijemy kawę i rozmawiamy o poezji. Rozmów o poezji nigdy dość. Choć podobno prawdziwi poeci nigdy o poezji nie rozmawiają? Opowiadam o mojej fascynacji Hilde Domin i jej wierszu przeciwwaga, o tej szali, na którą położony jest cały świat i szali, na której położone są jej łzy i uśmiechy. Mira stwierdza, że napisała podobny wiersz. "Moje serce wielkości pięści wobec całego wszechświata". Bardzo piękne stwierdzenie. A jednocześnie uzmysłowiło mi, że wszechświat w moim odczuciu nigdy nie jest po drugiej stronie, ale obok mnie i wewnątrz mnie. Czuję się całością z wszechświatem. Tak jakby moje serce było fragmentem serca wszechświata. Tym bardziej Mira mnie zaskoczyła.

Na rynku dziewczyna opowiada o Chrystusie. Upalny dzień. Kobiety obnażają swoje ciała. Mężczyźni czekają na kobietę swojego życia lub tę na jedną noc. Ja wciąż w drodze do?

Życie jest brutal i very much zasadzkas. To a propos kursu języka amerykańskiego. Kursu na którym poznałam mnóstwo zbzikowanych idiomów. Z idiomami jest jak z muzyką ? wyrażają charakter i mentalność danego narodu. Powiedz mi kilka idiomów, a powiem ci jaki jest twój naród.

W upały mogę czytać tylko Wittgensteina

Wystawa Olgii Boznańskiej. Obraz dziewczynki w czerwonej sukience. Dziewczynka wygląda na chorowitą, może nawet ma gruźlicę? Kim była jako dojrzała kobieta. Jaki zapach miała chwila, w której była malowana? Może dziewczynka jest uosobieniem tej chwili?
I kobieta z portretu p.t. Smutek. Spotykam identyczna twarz na spacerze wzdłuż Wisły. Dziwne. Czy to ta sama osoba z portretu? Czy może spotkałam personifikację smutku idąc bez celu wzdłuż uspokojonej i ukojonej fragmentem wiersza rzeki.

Jaka jest rzeczywistość wiatru?
Czy dla wiatru istnieje czas?

Słyszałam jak oddycha niebo
To tak jakby pies biegł do swojego Pana.

Na Grodzkiej spotykam Ewę Elżbietę Nowakowską, skarżę się na wyparowanie weny podczas upałów, a ona jakby nigdy nic mówi: Przecież można żyć bez poezji. Rilkemu na pewno nie spodobałyby się te słowa. Rilke, który w "Listach do młodego poety" stwierdził, że jeśli mamy odczucie, że bez poezji nie moglibyśmy żyć, wtedy należy poświęcić się pisaniu. Miał pewnie na myśli tą płomienną pasję, która sprawia, że nie jemy, nie śpimy nieustannie pisząc. Coś wiem na ten temat. W takich emocjach pisałam "Płonący tramwaj" doprowadzając się w stan skrajnego wycieńczenia. Inna sprawa, że nie trzeba pisać wierszy by być poetą. Tutaj chodzi o ten szczególny rodzaj przeżywania świata. Bezgraniczny, uważny i ?czuły.

Poniedziałkowym punktem programu, by dobrze zacząć tydzień, był sklep PUNKT na Sławkowskiej 12. Jest to miejsce, które przypomina undegrandowe sklepy paryskie czy berlińskie. Lubię ten klimat. A w sklepie można kupić przeróżne ekscentryczne i ekstrawaganckie rzeczy. Bluzki ze skrzydełkami, chusteczki w serduszka z Nowego Yorku, nieziemskie torebki, odjazdowe buty. Będąc w tym sklepie przenoszę się w atmosferę moich rozlicznych podróży po Europie.

Co powiedział deszcz?
Słyszeć to nie to samo co usłyszeć
Patrzeć to nie to samo co widzieć

Mam pomysły napisania wiersza o Trudzie
Trudzie podążania trudzie odnajdywania samego siebie
Trudzie stawania się

Trud za każdym razem trud
Ciągłego podążania za
Odnajdywania tego co wciąż niewłaściwe
Nieustanny trud zawierzenia
Ileż dróg a ciągle nie ta właściwa
Ileż dni a wciąż nie z tym jedynym porankiem
Mówisz: zaśpiewam ci o miłości
I jest w tym trud odzyskiwania właściwego słowa
I jest w tym nieopisany brak dotyku
Trud każdej sekundy
Liczy się tylko milczenie

Pies, który idzie w dwóch kierunkach jednocześnie, coś takiego można zobaczyć tylko na wystawie plakatu japońskiego z motywami zwierzęcymi. Zwierzęta w kulturze wschodu posiadają ciężar znaczeniowy i symboliczny. Smok jest symbolem cesarza, taoizmu, ale i szczęścia.

Co stwarza te pozory, w których nie umiemy się odnaleźć ?

Znów spotykam Mirę Kuś. Tym razem rozmawiamy o wielkich artystach. Mira, twierdzi,
że niektórzy artyści to po prostu cwaniacy, którzy wpisują się w to, co jest modne i na fali. Ale poza efekciarstwem w tej sztuce nic nie ma. Wymienia Warhola.
Owszem można by się z nią zgodzić. Ale postawa Warhola oddaje świadomość i psychikę ameryki. I to w jakimś sensie jest cenne. Choć rzeczywiście tu i ówdzie czy to w literaturze czy w plastyce widać te cwaniackie chwyty.

Jadę pociągiem do Wrocławia. Konduktorka pachnie atramentem. Na murach witają mnie napisy: Cała Polska w cieniu Śląska.

Powrót na wrocławską Akademię Muzyczną po czternastu latach! 14 lat nie byłam w tym budynku. Sama nie wiem, dlaczego unikałam tego miejsca. Może fakt, że nie poświęciłam się muzyce sprawiał, że nie chciałam się konfrontować z miejscem, gdzie były moje marzenia o graniu. Teraz z dystansem patrzyłam na drzwi, za którymi stał fortepian, na którym ćwiczyłam. Te wielogodzinne ćwiczenia przy fortepianie. To wielogodzinne siedzenie w czterech ścianach. Ale ja to uwielbiałam. Te cztery ściany były jak cela klasztorna. A ćwiczenie jak modlitwa. Granie jest swego rodzaju modlitwa tak jak taniec.

Wychodząc z Akademii spotykam cygankę, która powiedziała mnóstwo miłych rzeczy. Zaskakujących i prawdziwych. Ta cyganka była jak otwarcie jakiejś ksiązki na pięknym poemacie o życiu.

Północ. Ulica Świdnicka we Wrocławiu, ja w swoim mieszkaniu na szklanej górze czyli nad sklepem z porcelaną. Północ, za oknem ktoś gra na harmonijce ustnej. To czysty blues. Środek lata, upalna noc, księżyc w pełni i blues.

W wielkim mieście cudowna jest samotność, bez której nie ma wolności i wolność, bez której nie ma tworzenia. To są trzy dary, które otrzymujemy po długiej walce z samym sobą.

Słucham Wagnera.
Jego monumentalizm jest demoniczny.

Wyprawa do Srebrnej Góry. Odwiedzam Martynę i Piotra Mareckiego. Plotkujemy o Michaśce.

Wrocław, jacyś chuliganie krzyczą do mnie: miłego dnia aniołku!
Dzięki! wykrzykuję tuż obok sklepu z pędzelkami do kaligrafowania
A on na to: do ciebie z pełnym szacunkiem, jesteś kochana!

Rozmyślam o Joannie. Wsunęłam się do jej bosonogiego świata jak zakładka do książki.

Mam sen, jestem księżniczką więzioną, bo nie mogę pokazać swojej twarzy ludziom. Uwalniam się i świat widzi moją twarz. Dziwny sen. Czym jest moja prawdziwa twarz? Lub kim jest moja prawdziwa twarz? Prawdziwa, to znaczy jaka? Ujawnić siebie tzn. siebie zrozumieć. Zrozumieć siebie to zrozumieć świat. Niekiedy odnoszę wrażenie, że to my tworzymy świat, że świat jest naszą myślową projekcją. Wiem, że popadam w solipsyzm i należało by tutaj przywołać sir Berkeleya. Również mam wrażenie, że nie spotykamy się z ludźmi przypadkowo. Każde spotkanie ma jakiś ukryty sens, którego znaczenie kryje się w nas. W naszych lękach, uprzedzeniach, głębiach. To, co nosimy ukryte głęboko w sobie przenosimy na osobę spotkaną. Inaczej mówiąc to, czego wewnętrznie oczekujemy, nadchodzi w postaci takiej, a nie innej osoby. I tak też było we Wrocławiu. Gdy nie oczekiwałam oczekując spotkałam Krystiana Kiełba, kompozytora i pedagoga, który jak sam przyznał, od pół roku mnie poszukiwał i próbował się za mną skontaktować. I tak zetknęliśmy się na schodach Akademii Muzycznej, po czym Krystian stwierdził: Musisz kogoś koniecznie poznać! Tym kimś była młoda kompozytorka, Jagoda. To, co teraz powinnam napisać to same jakieś poetyckie metafory, epitety i superlatywy, ale brzmiałoby to i tak blado przy pierwszym zetknięciu z Jagodą.

Poranek, deszczowy, mglisty w małym studiu na Akademii Muzycznej. Słucham kompozycji Jagody. Te utwory są dla mnie odkryciem. A deszcz jakby chciał się nam przypodobać i wciąż padał. Potem kawa, papierosy, mnóstwo papierosów wypalonych razem i rozmowy, długie rozmowy. Jagoda jest osobą, przy której można zrewidować własne spojrzenie na sztukę. Pogłębić je i przeformułować. Może nadać szybszego tempa, plastycznej ekspresji.
To dzięki Jagodzie postanowiłam bardziej rozrysować moje "Pisanie na piasku".
Tak rozrysować, by było słychać szelest piasku i podmuchy wiatru.

Tworzenie to kolekcjonowanie tematów (tak jak Krystian kolekcjonuje parasole). Szukanie ich (tematów, nie parasoli) to jak zataczanie coraz większych kręgów na wodzie. A i tak to, co odnajdujemy jest tylko odbiciem na wodzie. Czym jest więc kamyk, który wrzucamy do tej wody?

I znów Kraków. Ide przez rynek a tu skrzypek gra Mozarta, po lewej kapela klezmerska, po prawej zespół dęty. Cały Kraków.

Obiad "Pod Aniołami" z Kasią Jakubiak i Josephem Komuniaką. Kasia przetłumaczyła na angielski moje ?Pisanie na piasku?. Kasia jak zwykle pięknie wygląda i w piękny sposób opowiada o poezji.

W kawiarni Bunkra Sztuki zbiera się cała ekipa: Kasia Jakubiak, Komuniaka, Hieronim Szczur, Piotr Maur, Radek Lievre. Rozmawiamy o młodych dramaturgach i o teatrze popijając piwo. Impreza przenosi się do Muniaka. Po drodze na rynku spotykamy Adama Zagajewskiego, który pada w ramiona Komuniace.

Manifestacje poetyckie w Warszawie. Miałam więc zamanifestować siebie, zrobić ze swojego JA jakiś manifest mniej lub bardziej krzykliwy, mniej lub bardziej papierowy, mniej lub bardziej fałszywy, mniej lub bardziej z krwi i kości. Ale co jeszcze można zamanifestować?
Że mam wszystko gdzieś?
Że brzydzę się łatwizną?
Że
Że
Że
Można by tak bez końca, ale właściwie po co?
Choć Manifestacje to dobry tytuł dla tej imprezy, na którą zjechało 120 młodych poetów, podkreślam młodych, a młodość ma to do siebie, że ma potrzebę ekspresji i zamanifestowania siebie. Ja już co miałam do zamanifestowania zamanifestowałam.

120 poetów z całej Polski. Co ciekawe, zauważyłam, że każdy region ma jakby swoją swoistą poetykę, coś charakterystycznego i rozpoznawalnego.

Tylko w takim mieście jak Warszawa można uprawiać poezje neolingwistyczną. Architektura, układ ulic, ciąg krawężników, narracja przejść dla pieszych, spreparowana starówka, zamek królewski jak tekturowe pudełko udające historię a między tym wszystkim jest nieopisana ilość przestrzeni, a ta przestrzeń jest pustką. Ta pusta przestrzeń jak pusta kartka domaga się wyjścia poza język, eksperymentów językowych. Jakby język chciał się usamodzielnić. Bo struktura miasta nie potrzebuje lirycznej fabuły, potrzebuje odtworzenia tych wszystkich pustych oczodołów miasta.

Musiałam przyjechać do Warszawy, by wreszcie zjeść schaboszczaka z kapustą!
W restauracji z widokiem na zamek królewski.
Więc żywię się antybiotykami, psychotropami i schaboszczakami.

Wieczór inauguracyjny Manifestacji to występ Cyranowicz i mój kaskaderko ? gigantyczny dekolt. Po prostu kupiłam sukienkę, nie przymierzając, a gdy w hotelu ją założyłam, już nie miałam wyjścia, musiałam w niej iść. Poratowała mnie na miejscu plakietka manifestacji, która zaległa między i tak przesłoniła odrobinę dekolt. Występ to mała salka, czerwone, żółte, niebieskie światła i głos z offu monotonnie skandujący: niebieski, niebieski, niebieski, niebieski, niebieski, niebieski itd. Cyranowicz na tle owych eksperymentów recytuje wiersze. Wiersze? Czy raczej skwapliwą obmowę świata. Bunt zaborczy. Bunt, ale czy on gdzieś prowadzi? Nie chodzi o to, by pisać, że jesteśmy trzymani za mordy, sztuką jest napisać jak odzyskać wolność.

Ulewa, porywam Romka Bromboszcza i jedziemy do Jadłodajni Filozoficznej. Na miejscu jest Pasewicz Edward zresztą. Zaczynamy rozmawiać o muzyce klasycznej. Wypad do McDonaldsa. Nougety i kompozycje Pasewicza. Sonata fortepianowa. Kompozycja napisana w duchu Bartoka i Prokofiewa. Spędzam noc z Pasewiczem (hahaha, spędzam ją na słuchaniu muzyki).

Maraton poetycki. "Rita Baum" występuje jako pierwsza. Zabrakło mi tylko Marcina Czerwińskiego. Jakoś dziwnie "Rita" bez Marcina? Jakieś fatalne niedopatrzenie. Kolejno występują poeci związani z pismami młodoliterackimi. Słucham wierszy z zainteresowaniem. Musze się przyznać, że od jakiegoś czasu w ogóle nie czytam młodej literatury poza prozą. Dlatego na Mariensztacie postanowiłam nadrobić zaległości. Niektóre teksty podobają mi się, choć być może nie są jeszcze w pełni poezją. Lubię młodzieńczą spontaniczność w poezji, i odwagę twórczą, którą szastają w nonszalancki sposób młodzi ludzie. To jest w tych tekstach najpiękniejsze. Wiersze niekiedy zaskakujące, niekiedy dojrzałe, niekiedy śmieszne, niekiedy grafomańskie.

W nocy w klubie Diuna Romek Bromboszcz, Kopyt i Podgórni przebierają się w białe kombinezony i serwują poezję cybernetyczną. Ich występ przypomina mi występy dadaistów.

No i koncert rewelacyjnego zespołu z Wrocławia: MM&I. Wokalistka obłędna!!!!!!!!!

W Diunie tysiące znajomych, tysiące jak tam? Co u ciebie? Co piszesz? Kiedy nowy tomik?
Jest Ania Bartosiewicz z Ewą, które wyglądają słodko. Jest Dominika, Kasia. Melecki, Majzel, Bruno Aleksander, Cezary Kęder, no i cały czas Manifestacja asystuje Paweł Ivo Kaczorowski.

Ostatnio w Warszawie byłam 5 lat temu i przybyłam do czcigodnej stolicy w stanie całkowitego upojenia alkoholowego. Miałam wtedy występować na jakimś wieczorze feministycznych, ale nie dotarłam do sceny. Teraz Warszawa wydała mi się odmienna jak to na trzeźwo bywa. I ja sobie wydałam się inna. To Inne, które przyłapuje nas na zapominaniu siebie.

Ania Piekara zawiozła mnie na swoją ukochaną ulicę. Ulica, na której cofamy się w czasie do XIX wieku, do binokli, monokli, laseczek z perwersyjnymi rączkami, koszul a la Słowacki, aksamitnych kamizelek, dyliżansów, itd. itp.
Nagle spostrzegam, że Ania jest postacią jakby żywcem przeniesioną z tamtych czasów.

Trzeci dzień manifestacji to przede wszystkim konkurs jednego wiersza, który w większości przyciągnął nieustraszonych grafomanów. To nie poeta cierpi, ale poezja cierpi przez poetów, ktoś powiedział przy którymś z kawiarnianych stolików.

Na chwilę wpadam do Zachęty. Wystawa p.t. Letnia miłość. Ciepło zimno. I oto nagle urzeka mnie film. Niby nic filmik o psie. Ale ten klimat, nastrój, melancholia. Odjazd. Okazuje się, że to sama Tracy Emin.

I jeszcze Buty Ze Szczęśliwym Zakończeniem: czubki butów damskich i męskich połączone ze sobą i tworzące jedną całość. Ekstra!