Languages

hasła na stronie

Jakie zadać pytanie na konferencji sterylizacji mózgów?

Rozmowa Biserki Rajcic dla pisma TreciTrg w Belgradzie

Kim jesteś jako poeta?

Chronologicznie należysz do generacji brulionu. Czy tu chodzi o grupę albo pismo, które łączyło poetów twojej generacji w różnych regionach Polski?

Generacja kojarzy mi się z jakimiś datami, z jakimś określonym czasem, uważam, że takie rozpatrywanie poezji jest niewłaściwe bowiem poezja powstaje poza czasem. Jej czas to dialog z przeszłością, dialog z wielkimi poetami minionych epok, którzy wciąż do nas mówią i wciąż nas uczą. Poezja to również przyszłość, bo powstaje dla tych, którzy za ileś tam lat będą nas czytać. Moja generacja zupełnie mnie nie interesuje. Ja żyję jakby w swoim świecie. Jak zagubiony w czasie dandys, który mieszka gdzieś na końcu świata w swojej samotni.
W świecie, w którym nie ogląda się telewizji i nie czyta gazet. W świecie, w którym jest miejsca na piękno i zachwyt. Ktoś nakręcił o mnie film, przedstawiając mnie jako kogoś, kto żyje życiem alternatywnym. Jest w tym dużo prawdy. Gdziekolwiek nie byłam tworzyłam wokół siebie coś w rodzaju samotni. Moja poezja jest bardzo odmienna od poezji moich rówieśników. Coraz mniej interesują mnie panujące mody i trendy. Balthus twierdził, że prawdziwa sztuka, dzieło ponadczasowe powstaje ponad modami. Mody mijają i teksty zgodne z modą mijają. A ja mam marzenie by to, co piszę było wciąż aktualne nawet za dwieście lat. Pojawia się tutaj problem jakiejś ponadczasowości. Jakim językiem się posługiwać by ją osiągnąć? Nie wiem. Może to bardziej kwestia tematów jakie się porusza. Poeci mojej generacji operują dykcją niską. Rejestrują świat, ale go nie dowartościowują. Jest w tych tekstach pewna prawda czasów. Tak jakby chcieli obnażać, a nie pokazywać jakieś estetyczne rozwiązania. Sprzeciwili się wobec zaimka „my”, przez co podmiot liryczny usamodzielnił się i stał się najważniejszy. Z tym „ja” należy jednak uważać, bo naraża na brak uniwersalności.

Na czym polegała różnica między twoja generacja i poprzednią, powiedzmy Nowa falą? Przede wszystkim na planie poetyk.

Zawsze istniało w młodych ludziach coś takiego jak „sturm und drang”, niezależnie od epoki, historii czy orientacji politycznej. To naturalne, że młodzi ludzie się buntują i grupują w jakiś jeden generacyjny głos. Nowa Fala powstała w pewnej określonej sytuacji politycznej. Ich bunt był buntem przeciw systemowi politycznemu. I wydaje mi się, że był to ważny bunt. Bunt, który domagał się wolności. Generacja brulionu natomiast była buntem przeciwko tradycji, przeciwko pięknu pojmowanemu w klasycznym wymiarze. Bunt nowej fali nobilitował poezję czynił z niej narzędzie walki w przeciwieństwie do generacji brulionu której bunt poezję degradował do roli służenia opisom małej rzeczywistości i brzydoty.
Mnie bliższy jest bunt Nowej fali. Musze przyznać, że na początku mojej drogi twórczej nie ominął mnie bunt. Ja buntowałam się bardzo długo i przeciwko nieomal wszystkiemu (śmiech). Ten bunt był żywiołowy nie okiełznany żadnymi programami. Po prostu chciałam opowiedzieć zło, które mnie otaczało. Ale opowiedzieć nie w sposób piękny, ale właśnie wulgarny i bezpośredni. Powstawały w tym okresie bardzo wulgarne i ekspresyjne teksty. Po tym piętnowaniu zła nastąpił etap, gdy chciałam opowiedzieć się za pięknem. Pięknem, które w dzisiejszych czasach jest bagatelizowane, wykrzywiane i niemodne! Bo czy to stawianie w sztuce współczesnej na brzydotę nie jest zdradą wobec piękna, wobec tych wartości, które w życiu człowieka są najważniejsze. Zdrada wartości, które czynią człowieka człowiekiem. To, co pozwala nam istnieć z samym sobą i ze światem. Dlatego też pojawiła się u mnie „Lekcja zachwytu’, dlatego też napisałam „Pisane na piasku”, które jest hołdem dla piękna człowieka i natury.

Czy twoją generację można nazwać generacją Nowej prywatności i co to znaczy?

Wszelkiego rodzaju grupy artystyczne czy generacyjne budziły we mnie wątpliwości. Wyznaje bowiem zasadę, że artysta powinien być samotnikiem i w samotności realizować swoją myśl poetycką. Dlatego też moja generacja jest jednoosobowa i nazywa się Sonnenberg, której głównym zamierzeniem literackim jest nazywanie nienazwanego, ukazywanie nieuchwytnego, zauważanie niezauważonego. Poezja jest jakby zbliżaniem się do tajemnicy, próbą zapisania nie zapisanej Księgi Świata. Ja chciałabym nie opisywać, ale przekładać myśl na słowo. Wydaje mi się, że takie przekładanie myśli na słowo jest widoczne w sztuce by przytoczyć obrazy Leonarda da Vinci. Artysty, który jest mi szczególnie drogi. Chciałabym nazwać rzeczy od nowa. Uczuciom nadać nowy wymiar, a zdezaktualizowanym wartościom przywrócić ich wartość. Nie wstydzę się mówić i pisać o pięknie czego przykładem jest „Lekcja zachwytu”. Pseudo Longinos mówił, że w poezji szuka się tego, co nadludzkie. Być może szukam błękitnego kwiatu, którego szukał Novalis. Poeta, którego pojmowanie sztuki jest mi szalenie bliskie. Ten błękitny kwiat to tęsknota za czymś nieosiągalnym również poezja jest tęsknotą za Nieosiągalnym. Bywa też obroną przed śmiertelnością.

Co dla was przedstawiał rok 1989? Czy odczuwaliście go jako przełomowy?

Dla mnie przełomowy był rok 1990, kiedy to uległam wypadkowi samochodowemu i w jednej chwili pasja muzyczna przemieniła się w pasję pisania. Wracając do roku 1989 to przełom polegał na dużej swobodzie wydawniczej. I tak na początku lat 90 – tych nastąpił bum na pisma literackie. W Polsce ukazywała się niewyobrażalna ilość pism literackich!
Co ciekawe nastąpiła decentralizacja kultury. Naraz małe ośrodki zaczęły prężnie działać artystycznie. Pismem, które w założeniu było pismem młodych utalentowanych ludzi był „Nowy Nurt”. Byłam w tym piśmie od pierwszego numeru. Pismo wychodziło co dwa tygodnie, co jak na pismo literackie było rzeczą wyjątkową. Niestety po latach czytając „Nowy Nurt” stwierdzam, że niekoniecznie wszystkie z publikowanych tekstów są dobre.
Ale liczył się sam pomysł, ogromny entuzjazm i zapał ludzi, którzy współtworzyli to pismo.
Niestety pismo znikło tak nagle jak nagle zaczęło się ukazywać. Myślę, że jeszcze nie czas by o tym mówić czy wypowiadać się na temat tego przełomu. Musi minąć jeszcze trochę czasu by można było nabrać zdrowego dystansu czasowego do tych wszystkich spraw, które działy się w latach 90-tych. Dla mnie lata 90 – te są trochę mityczne. Zachłyśnięcie się wolnością, bunt wobec zastanej rzeczywistości, bunt wobec tabu i skostniałym wartościom, zakładanie pism jak choćby „Dykcja”, „Rita Baum” we Wrocławiu czy „Studium” w Krakowie, barwne niekiedy szalone dyskusje poetyckie, niezliczona ilość młodych poetów, pewien rodzaj bohemy wrocławskiej czy krakowskiej, pewien rodzaj artystycznej rywalizacji, przebieranie się w ekscentryczne ciuchy, krzykliwe makijaże, i kolorowe peruki aż w końcu niezliczona ilość wieczorów poetyckich, na których drapieżnie wykrzykiwałam swoje wiersze przy akompaniamencie ostrych dźwięków, no i niezliczone podróże po Europie. Takie to były te lata 90-te. Napisałam zresztą o tych czasach wiersz. I chyba niejednokrotnie będę do nich wracać. Przecież to były lata mojej młodości!

Jeżeli już po przemianach słowo stało się wolne, czy istniała potrzeba bunt u poetów twojej generacji i przeciwko czemu?

Wydaje mi się, że słowo poetyckie zawsze jest wolne bez względu na wiatry historii. Może dlatego tak niepokoiło władze totalitarne. W słowie poetyckim kryło się jakieś niebezpieczeństwo przemycenia tego, co duchowe, ważne i nieśmiertelne. Tego, co Niepojęte.
Może dlatego właśnie poeci miewali kłopoty. Jak choćby Brodski, który za swoją poezję został skazany na przydługie „stypendium” na Syberię. Znane jest jego sławne zdanie, które powiedział w trakcie procesu, że poezja pochodzi od Boga. Ta boskość poezji niepokoiła i drażniła. Ale bez względu na okoliczności historii wielcy poeci byli wierni temu, co w słowie wielkie i niepowtarzalne. Słowo to rzecz magiczna. Słowo potrafi leczyć, ale i ranić. Ortega y Gasset pięknie powiedział, że umiejętność tworzenia metafor, to rzecz, którą Bóg zapomniał w ciele człowieka. A bunt jest sprawą młodości i na tym etapie jest czymś naturalnym, a nawet koniecznym. Tyle tylko, że w pewnym momencie wyrasta się z tego buntu i przychodzi czas na rzetelną pracę w słowie. Przychodzi czas na refleksję. Ale rzeczywiście po 1989 roku w młodej literaturze Polskiej zauważa się pewnego rodzaju bunt. Bunt wobec dykcji wysokiej, wobec języka, wobec wartościom, wobec piękna.

Na czym polega autobiografizm twojej generacji?

Ekshibicjonizm w dzisiejszej sztuce jest wszechobecny i bardzo modny. Artysta siebie obnaża i niekiedy nawet na tym świetnie zarabia. Widać to zwłaszcza w sztukach plastycznych, gdzie często modelami są sami artyści. W literaturze ekshibicjonizm ma nadać utworom pikantności. Osobiście lubiłam grać ze swoim biografizmem, a nawet intymnością. Operowanie biografią daje duże pole manewru, pozwala na dokonywanie różnych chwytów poetyckich. Myślę, że biografia, a zwłaszcza dzieciństwo jest bardzo istotnym elementem tworzenia. Przecież nie można uciec od samego siebie! Nasze życie odciska piętno na tworzeniu. A dzieciństwo jest jak niezapomniany ogród, który obdarza metaforami.
Ciągle mam w pamięci ogród moich dziadków tajemniczy i czarowny, gdzie stałam się poetką. Kto wie, gdyby nie ten ogród może zajmowałam bym się czymś zupełnie innym. Ogród gdzie dokonywałam pierwszych odkryć poetyckich rozmawiając z drzewami.
Tam gdzie spotykałam wróżki i czarodziejów. Nie obawiam się, że moja biografia odcisnęła jakieś piętno na moich wierszach. Dzięki temu nie są papierowe, ale przeżyte i szczere.
Zresztą pisanie z założenia jest swoistym obnażaniem. Pisać znaczy dzielić się z czytelnikiem
tym, co w nas najlepsze i najważniejsze. Pytanie tylko, w którym miejscu należy postawić granicę. Granice, poza którą jest już tylko milczenie.

Jaka jest postawa poety twojej generacji do świata? Bierna czy aktywna?

Trudno mi wypowiadać się za całą generację, tym bardziej, że do niej nie należę duchowo, a tylko metrykalnie. Myślę, że ich postawa wobec świata jest arogancka i ironiczna. Brulionowy wydają się banalizować rzeczy ważne, co mi jakoś nie odpowiada. Nie lubię w sztuce bagatelizowania, ja sztukę traktuję bardzo na serio. W jednym z moich poematów z „Pisania na piasku” napisałam, że jeśli coś zostanie to tylko te słowa, układane dla zabawy, dla zabawy bardziej poważnej niż świat. Świat można przeżywać na wiele sposobów. Mi są bliskie dwie postawy: relacja konfliktowa i relacja harmonijna. Konflikt bywa niekiedy nieodzowny w tworzeniu. Tak jak niektóre wiersze mogą powstać tylko w harmonii ze światem. Myślę, że wiele tłumaczy okładka mojej książki „Imperium łzy”. Otóż zdjęcie umieszczone na tej okładce, umieściłam na swoim pierwszym tomiku „Hazard”.
Tyle tylko, że w „Hazardzie” zdjęcie było rozdarte na pół, to, że na „Imperium łzy” jest w całości mówi o tym iż tamto rozdarcie, konflikt, bunt, nie pogodzenie naraz stało się jednią, czymś harmonijnym. Te okładki są dla mnie czymś symbolicznym. Odzwierciedlają moje dwie diametralnie różne postawy duchowe i postawy wobec świata. Ja bardzo intensywnie przeżywam świat, wiąże się to z moją dużą nadwrażliwością. Świat należy nauczyć się smakować. Umieć zauważać. Uważność, która pozwala na czułe ujmowanie świata. Wyczula na to, co świat chce nam powiedzieć. Bo świat do nas mówi, tylko trzeba nauczyć się słuchać. Słuchać tego, co świat chce nam zaofiarować. „Muzyka rzeczy”, o której pisał Rilke nie milknie, tylko trzeba się wsłuchać. A wtedy okaże się, że nawet będąc samotni nie jesteśmy sami, że niektóre wiersze są jakby rozmową ze światem.

Jaki jest twój stosunek do dekonstrukcjonizmu? W jakim stopniu go stosujesz?

Myślę, że moje pojmowanie języka, tekstu jako rzeczy nie zakończonej, otwartej w jakiś sposób wpisuje się w założenia dekonstrukcjonizmu. Wydaje mi się, że nie ma tekstu zamkniętego. Niemożliwe jest bowiem uzyskanie doskonałości, czegoś skończonego. Każdy tekst jest jedynie próbą, początkiem, kontynuacją, przyczynkiem do dalszego poszukiwania tekstu idealnego. Dekonstrukcjoniści negują utarte schematy, co jest w zgodzie z tym co i ja zakładam. Myślę, że przez te utarte schematy utraciliśmy wolność a i rzeczy ważne zatraciły swoje pierwotne znaczenie. Poezja jest jakby nośnikiem nie tylko wolności, ale ma odkrywać przed czytelnikiem nowe wartości. Wartości, które odbijają się we wrażliwości piszącego. Poezja jest niejako pośrednikiem między tym, co ludzkie i tym, co nadludzkie, między tym, co ziemskie i tym, co transcendentalne.

Co sądzisz o języku twojej generacji? Czy daje sobie radę, tj. do jakiego stopnie wyraża dzisiejszy świat? Bo, głównym problemem dzisiejszej filozofii to problem języka, jego możliwości.

Wittgenstein w swoim „Traktacie” mówi, że „granice mego języka, oznaczają granice mego świata”. Wittgenstein ma wiele racji, język niestety ma pewne granice, których nie jesteśmy wstanie przekroczyć. Niekiedy odczuwam bezradność języka wobec pewnych tematów. Są sprawy natury metafizycznej, o których pisze się niezwykle trudno. Są rzeczy, które są nieprzekładalne na język, nawet na język poezji. Być może dlatego haiku na przykład stało się medium dla oświeconych mnichów buddyjskich. Haiku ze swoją krótką wręcz ascetyczną formą. Żadna dłuższa forma nie umiała by przekazać stanu, który odczuwali ci buddyjscy Mnichowie. Sądzę jednak, że poezja nie tylko opiera się na języku, ale również na przekazie poza językowym: emocjonalnym i duchowym Ważne jest również to, co wybrzmiewa między wersami. Poezja jest rzeczą bardzo tajemniczą, kieruje się jej tylko znanymi sensami.
Obawiam się, że moja generacja nie za bardzo dała sobie radę z wyrażaniem dzisiejszego świata. Problem jest w tym, że poezja moich rówieśników zapatrzona w poezję szkoły nowojorskiej tworzyła na wzór tamtych tekstów, a przez to stali się jakby epigonami tamtej szkoły. Nie wytworzyli swojego języka. Frank O’Hara, John Ashbery byli i są poetami, którzy w niezwykle sugestywny sposób wpłynęli na świadomość poetycką mojej generacji. Jest to dziwne przeniesienie estetyki amerykańskiej do myślenia polskiego. To zjawisko nie tylko budziło moje wątpliwości i jakiś wewnętrzny protest, ale i dziwiło. Jest to przedziwne zjawisko zaszczepienia poezji amerykańskiej w polską rzeczywistość. Czy jest to autentyczne czas pokaże.

Który temat dominuje w twojej poezji? Jakie miejsce zajmuje w niej miasto i rekwizyty urbanistyczne?

Oczywiście, że miłość (śmiech). Uwielbiam pisać wiersze miłosne. Zdaję sobie sprawę z trudności, bowiem tak wiele już zostało na ten temat napisane i w sposób arcymistrzowski. Na serio, to w poezji poszukuje jakiegoś Ty. Ty – przyjaciela, kochanka, nauczyciela, brata, aż po Ty metafizyczne. To liryczne Ty zabrało mi sporo czasu. Cały tomik „Pisane na piasku” opieram właśnie na tym Ty. To „Ty” jest swoistą przemiennością Ja w Ty i Ty w ja. Utożsamieniem. Lustrzanym odbiciem. Odbiciem, które nie zamyka, ale otwiera na nowe przestrzenie. Miasto natomiast fascynowało mnie w młodości. Wtedy też często pojawiało się w moich wierszach. Było to miasto, które więzi na otwartej przestrzeni. Miasto, które degraduje naszą przynależność do świata przyrody. Ale też miasto labirynt, w którym gubimy się by odnaleźć posmak przygody. Kiedyś po jednym wieczorze poetyckim w Krakowie podszedł do mnie bezdomny klaun i powiedział, że moje wiersze są wierszami bezdomnego, bo akcja moich wierszy dzieje się tylko na ulicy. Coś w tym jest. Wydaje mi się też, że to, co się pisze zależy w dużej mierze od miejsca, w którym mieszkamy. Wrocław prowokował mnie do buntu i takie też powstawały wiersze. W Krakowie panuje jakiś spokój, co znalazło swoje odbicie w moich najnowszych wierszach.
Moim studentom, z którymi prowadzę warsztaty poetyckie powtarzam, że pisanie to sprawia umysłu, serca i trzewi. Gdy pisze się tylko umysłem wiersze są zbyt intelektualne, gdy pisze się tylko sercem wiersze są zbyt banalne, gdy pisze się tylko trzewiami poezja staje się wulgarna. Dlatego ważna jest harmonia między tymi trzema elementami. Odpowiednie wyważenie myśli, liryzmu i emocji. Wracając do tematów. Każdy mój tomik jest inny. Porusza się jakby w innej poetyce, sięga po inne tematy. Dzięki tej różnorodności staram się uniknąć bycia poetą jednego motywu. Bo sądzę, że nie można przez całe życie grać na jednej strunie, bo nawet się nie wie czy ta struna jest dobrze nastrojona.
Mnie w pisaniu nie interesuje literackość, ale artyzm.

Ze względu na to że zajmujesz się muzyką i filozofią, w jaki sposób to wyrażasz w swojej poezji?

Muzyka była ucieczką przed światem, studia filozoficzne, bo chciałam gdzieś przeczekać przełom wieków, poezja jest sposobem na bezrobocie. A tak poważnie mówiąc muzyka, filozofia, poezja są wyrazicielkami jednego i tego samego, a mianowicie próbą dotarcia do metafizyki. Dopełniają się wzajemnie i wzajemnie w jakiś sposób siebie tłumaczą. Romantycy twierdzili, że tak gdzie kończy się poezja zaczyna się muzyka.
U mnie dokonała się rzecz odwrotna w pewnym momencie odczułam, że więcej wyrażę pisząc niż poprzez muzykę. I tak zaczęła się moja przygoda z pisaniem. Ale muzyka jest wciąż obecna w moich wierszach, które często opierają się na jakimś rytmie, na jakiejś frazie.
Niektóre wiersze są bardzo muzyczne. Niekiedy pisząc słyszę tekst właśnie jako muzykę, jako frazę muzyczną. Zresztą poezja kieruje się podobnymi środkami co muzyka ma podobne napięcia, piano, forte, crescenda, fermaty itd. Przecież liryka wywodzi się właśnie z muzyki!
Każdy wiersz jest takim małym utworem muzycznym. Idąc dalej dla mnie muzyka czy poezja nie są celem ale środkiem do zrozumienia tajemnicy naszego istnienia i tajemnicy świata. Środkiem dotarcia do duchowości. Filozofia stanowi tu pewne zaplecze intelektualne, a jej rolą jest racjonalizowanie i porządkowanie. Co ciekawe filozofia nie tylko służy wielkim tematom, ale może być pomocna w codziennym życiu, czego niejednokrotnie doświadczyłam.

Zdaje mi się, że bliższa ci jest poezja europejska niż polska, czy to zależy od twoich zainteresowań i poczucia wartości?

Z poezją miałam kontakt od dziecka. Pamiętam nocne recytacje mojej mamy. Recytowała mi wiele wierszy, z których część stanowiły poezję europejską. Może stąd bierze się to przynależenie bardziej do tradycji europejskiej aniżeli polskiej. Ja po prostu wychowywałam się na takiej literaturze. Chociaż jako dziecko fascynowały mnie „Ballady i romanse” Mickiewicza, które znałam na pamięć. W liceum fascynował mnie romantyzm polski: Mickiewicz, Słowacki, Norwid i Krasiński. Uczyłam się całych utworów na pamięć!
Ale jednocześnie zaczytywałam się w dramatach absurdu, które nakręcały moją młodzieńczą wyobraźnię. Uwielbiałam Witkiewicza i Gombrowicza. Wtedy jeszcze czytało się Gombrowicza z książek drugiego obiegu. W liceum odkryłam Baudlaire’a , Verlaina, Rimbauda zaczytując się w nich po całych nocach. Potem był Eliot, Rilke i Brodski. To poeci, którzy stali się dla mnie mistrzami. Eliot za wykalkulowana intelektualność, Rilke za duchowość, a nawet pewnego rodzaju anielskość, Brodski za autentyczność przeżycia i rozpacz w sercu. Do tej pory są to moi najważniejsi powiernicy w pisaniu. Ostatnim takim moim odkryciem jest poezja Saint-John Perse’a. Bliska jest mi Hilda Domin i Nelly Sachs. Zresztą trudno mi mówić o wszystkich fascynacjach i lekturach bo było ich bardzo wiele.
A tak w ogóle to jestem nieoczytanym dzikusem, nieobliczalnym szamanem słowa, który mieszka gdzieś na krańcu świata.