Languages

hasła na stronie

Prawdziwi artyści mają w sobie Pippi Langstrumpf

Księga Niedopowiedzeń

Któż mógłby wiedzieć, że wszechświat mieści się przy jakimś małym biurku na końcu świata.
To przy tym biurku rozgrywa się cały dramat ludzkości, to przy tym biurku otwiera się przepaść wyobraźni. Małe rokokowe biurko z dwiema szufladkami. Nikt nigdy się nie dowie, co ukrywają szuflady. A jednak było mi dane poznać ich zawartość. Widzieć to, czego ludzkie oczy nigdy nie widziały. Coś jakby bezczas, dotyk bez dotykania, trwanie pozbawione trwania, jakby być i nie być. Coś jakby postać, którą jesteśmy ogarnięci i która nas ogarnia wszędzie i we wszystkim wciąż podążając naszym sercem. A może spotkali się w tym bezczasie. W tej jednej sekundzie, która trwa wieczność. Ta sekunda, ta chwila, która rozdziera niebo i ciało na pół. Może spotkali się zanim powstał czas? Ten bezczas wciąż istnieje – dwie małe szufladki. Ta pierwsza przyczyna, która wciąż jest przy nas. Ten pierwszy gest, który trwa do teraz. I przytuliliśmy się do siebie jakbyśmy przytulali przemijanie. W naszych ramionach zaiskrzył śnieg, który leżał na drodze do średniowiecznego klasztoru, zaszeleściły liście dębu w ogrodzie jakiegoś zamku, spadł deszcz w podczas jakiejś wojny, ktoś kogoś zasztyletował w wąskiej uliczce, ktoś komuś podał miłosny liścik w rokokowej alei cyprysów. To wszystko było w naszych ramionach bezradnie sięgających po wizerunek miłości.
I nie czerpaliśmy z tego przyjemności raczej pokusę by znów tęsknić. Skradać się nieustannie, po omacku do tego uczucia, tego jednego wzruszenia, które zakołysało całym naszym światem.
Narastaliśmy tym uczuciem jak morze w potrzasku skał. Narastaliśmy czymś potężniejszym niż może zrozumieć ciało.

Któż mógłby przypuszczać, że można rozmawiać z gwiazdami, że tylko one były świadkami naszej miłości. Nikt nie odważyłby się zwrócić oczu w naszą stronę tak jak to robiły one.
Czekały cierpliwe na pierwszy gest, na pierwsze wyznanie. Odrywały się od nieba i docierały do nas szeptem: „Mówią o nas gesty: gest ujrzenia, gest oddania, gest przynależenia, gest, który zawraca, gest, który osądza, gest smutku, gest pokory, gest rezygnacji, gest otwarcia”. Najwartościowsze są te gesty, które nie oczekują niczego w zamian. To starzec rzucił nam pod stopy siermiężny worek z gwiazdami. Teraz czeka, że podejmiemy bolesny trud zrozumienia -. „Wybierzcie sobie tę gwiazdę, która ukoi wasze pragnienie bycia przy sobie. Wybierzcie tę gwiazdę, która was połączy gdy będziecie daleko od siebie” Tak jakby między nami płynęła rzeka gwiazd a my bylibyśmy dwoma świetlistymi brzegami. Te gwiazdy to nieustająca modlitwa. To budynek, w którym ściany są ze światła. Oślepiające jak płomień, który zobaczyłeś. Czym lub kim był ten płomień ? Gwiazdą spadającą czy szukającą? Aniołem? Aniołem zemsty? Kim był ten płomień, który otarł się o twoją skórę? Może ten płomień był literą, od której zaczyna się Twoje Imię? To ten płomień zostawia na kartkach słowa. Zdania, które ktoś rozdaje wiedząc o ich istnieniu przed wiekami. Płomieniu spopielasz wszystko co cielesne pozostawiając bezcielesną wierność jednej chwili. I znów gwiazdy… on podaje jej liścik z wyznaniem. To on nazwał ją księżycem, którego nie ma. To on wiedział, że być może we dwoje staną się jego niewidoczną stroną.

Któż mógłby odgadnąć naszą niewidzialną poufałość. Ciała, które są nieustającym pragnieniem. Nie wiedzieliśmy, że słońce jest oknem. Oknem, które otwiera miłość, by zobaczyć, że jesteśmy jedynie odbiciem płomienia, który płonie gdzieś poza nami. I ukazała się słoneczna droga. Droga utkana z promieni słońca. Od kogo do kogo miała prowadzić? Kto stąpał tą drogą? Dla kogo została utkana? Strzelista droga jak rozogniony gotyk, który ostrzy siłę charakteru gdzieś wysoko, w niebie? Płaszczyzna, którą stopy rozpoznają nie dotykiem, ale wzrokiem każdego milimetra swojej skóry. Widzieć znaczy być nieustannie widzącym, a wypowiedzieć znaczy być nieustannie wypowiadanym.
I tak czytając z natury nauczyli się czytać z samych siebie. To spojrzenie w głąb na skaliste brzegi, które biegną w stronę uciszonego morza. To spojrzenie na pustynię złaknioną modlącego się Beduina. To spojrzenie w głąb na samo dno tego, co możemy przeżyć tylko raz w życiu. Mgławice roztrzaskane o nasze wejrzenie w siebie.

Któż mógłby zrozumieć, że na pytanie o miłość odpowiedzią jest spadająca gwiazda? To chwila gdy serce zrywa zasłony i unosi się na fioletowe szczyty niewidzialnych gór. To stamtąd przychodzi myśl o jednym jedynym, to stamtąd przychodzi wiara w rzeczy niemożliwe, to stamtąd przybywa ten, kto ma znów ciebie uczyć. Nauczyciel wierny i współczujący. Ktoś kto współodczuwa razem z tobą. Podaje ci wodę jakby mówił, że źródło jest gdzie indziej. Że ten gest to przekazanie wiedzy nie słowem, ale myślą. Nauczycielu - kimkolwiek jesteś, na pamięć uczę się każdej twojej obecności. Twojego słowa w różnych językach. To ty odnalazłeś mnie w dolinie chłodu. Cytat za cytatem, wiersz za wierszem jesteśmy sobie coraz bardziej wierni i oddani. To ty podałeś mi do ręki księgę świata, codziennie otwierasz JA na innej stronie mówiąc: pisz. To ty i nikt inny.

Któż mógłby sobie wyobrazić, że krzyk jest wewnątrz. Na zewnątrz noc. Wewnątrz wciąż nieustanny krzyk. Słyszę go. Jakby przebudziły się we mnie wszystkie rany. Jest zdziczały i na wpół szalony. Musi być szalony by przekrzyczeć szaleństwo tłumu. I wtedy noc staje się świetlista. Przygotowana na każde skinienie serca. I wtedy zimą skrada się pod twoje okno burza. Zimowa burza w świetle księżyca. Płatki śniegu wyglądają jak klejnoty - słowa, które wypadły komuś z ust. W każdym klejnocie ręka, która chce ci pomóc. Czy to ten sam klejnot, który zobaczyłeś jakąś jesienią, zabłysł jak gwiazda wyczekująca przyjaciela? I wtedy usta chcą śpiewać, chcą mówić nie na zewnątrz, ale do wewnątrz, do tego nieustannego krzyku. I każda błyskawica jest jak ta rozmowa. I każdy twój krok.
I słyszysz jak drży pod twoimi stopami ziemia. To tak jakby kości wiatru uderzały o siebie. Błąkając się między ludźmi jesteś zwycięskim zwyciężonym. I każdy błysk jest po to, by jeszcze bardziej unaocznić ten krzyk.

Któż mógłby zobaczyć: jeździec bez głowy, który szaleńczo pragnie. Głową tego jeźdźca jest niebo. Jeździec bez głowy szaleńczo kocha. Spojrzeniem jeźdźca są gwiazdozbiory. Jak posłaniec powitania w prawej ręce trzyma księżyc, w lewej niesie słońce. I patrzy i milczy i widzi i milczy. I słucha i milczy i słyszy i milczy. Trwając w nieustającym powitaniu jakbyśmy byli wciąż dziećmi. Ten pierwszy raz gdy wychodziliśmy sobie naprzeciw jakby otworzyły się drzwi świata. Byliśmy od siebie daleko, ale nasze dusze spijały z nas blask przyzwolenia na to, co nieosiągalne. Ten jeden, jedyny raz, byliśmy czymś bardziej, czymś więcej, czymś, co jest poza nami a jakby w nas. Nie potrzebowaliśmy być kimś innym niż właśnie takimi jakimi jesteśmy. Czy w ten sposób ujawniliśmy swoje twarze? Może to powitanie było naszym całym życiem? Gdyby można było modlić się do zdarzeń modlilibyśmy się do tego powitania. Bo zabłysło wszystkim, co kochasz: i królewskim motylem, i łąką, i oceanem, i naręczem fiołków, i wachlarzem nieśmiertelnego, i kamieniem, na którym zapisane są podziękowania, i spadającą gwiazdą, i gwiazdozbiorem, z którym rozmawiasz, i…Może dlatego towarzyszył nam jeździec bez głowy? Jego pogoń za ja i ty. Jego nieustanne podążanie w jedno. Jego nieustanne podążanie: „jak w niebie tak i na ziemi”. To on z fragmentu umie ułożyć całość. To on z drobiazgu potrafi wyłowić wielkość. I traci i porzuca tylko po to, by jeszcze bardziej kochać. To on stoi za twoimi plecami – Świetlisty Nienazwany. Jak odbicie odbicia by zaprzeczyć dotykowi. Nierzeczywisty by uwierzyć w nierealne. To on jest łąką i ostami, w których toczy się walka o przetrwanie. To on podał ci tarczę, by odpychać ciosy. Jej kolor, jej kolor - czy można go zapomnieć? To on położył ci różę na piersiach. Róża była biała jak kartka, na której zapisane jest jedno jedyne słowo. On nie zna czasu dlatego wciąż ci towarzyszy. Być obok niego to stąpać po kwiatach, być obok niego to chodzić po ostrzu noża. To on, pewnie dlatego chciałabym z jego stóp scałować walkę
o ja i ty.

Któż mógłby udowodnić, że drzewa mają twarze a niebo jest dłonią wypełnioną małymi kamykami. Że księżycowy ptak wplątuje się we włosy wiatru, a pocałunki są jak księżycowy pył. Że gwiazdy mają dusze, a dotyk jest odmianą wieczności. Że rzeki są uśmiechem czasu, a namiętność językiem kosmosu. Że morza i oceany są jedną łzą, a rozstanie perłą ukrytą w piersiach nocy. Że przemijanie to kolejne przebranie, a zdarzenia kolejną kurtyną. Że motyle są wojownikami wrażliwości, a koniki polne strażnikami drogi, która prowadzi między obłokami. Że przedmioty skradają się by w nas uwierzyć, a miasta są zabawką w rękach lekkomyślnego. Że drzwi próbują nam zaufać, a okna wciąż czekają na te właściwe widoki. Że klucz jest pamięcią zapomnianego, a pierścień słowem, który na nowo trzeba odnaleźć. Że miłość jest opowieścią wszechświata, a zegary przemilczają to, co najbardziej boli. Że wiedza jest kłótnią o nieistniejące, a mądrość wiedzą milczenia. Że…

Któż mógłby zaprzeczyć. Może to był tylko sen, który nigdy nikomu się nie przyśnił. Może to był jeden ze światów możliwych. Dźwięk metalu, jakby ten metaliczny korytarz nie miał końca. Jakby to był rodzaj przejścia. Od myśli, która wątpi - do myśli, która realizuje. Ten korytarz stawał się coraz bardziej splątany a dźwięk wyraźniejszy. Mógł przerażać: ta metaliczność, która wchodziła w mięśnie, ścięgna i kości. Jakby przeszywała na wylot ciało. Tak jakbym szła tunelem, a ten tunel był z metalu, który ociera się o spragnione oddechu powietrze. „Będziemy dla siebie niewidoczni by jedno z nas mogło odejść”. I rzeczywiście nikogo nie było oprócz mnie. Nikogo, bo moje ja gdzieś oderwało się ode mnie i błądziło w tych metalicznych przejściach. A ludzie nie byli ludźmi, ani żadnym ty. Byli wygnaniem i zniszczeniem. Gesty, słowa, rozmowy były jak mgła, która ciągnie nisko przy ziemi.
Ale to, co w górze mogłam zobaczyć tylko ja z tej metalicznej perspektywy przechodzenia od siebie do siebie. Na drugi brzeg? Może gdybym miała jakiś klucz przy sobie, wyszłabym z tego metalicznego? Ale czym jest ten klucz? Nauczycielem? A potem wiatr. Skąd wiatr na dnie świtu bez granic? Świtu, który trwa wieczność. Wiatr połyskiwał jak rubinowoczerwony kamień. Wiatr, który był głosem: „Czy mógłbym cię choć na chwilę zostawić?” I zobaczyła starca z cyrklem w ręku. Jego włosy były głosem i wiatrem jednocześnie. Były czymś potężniejszym od całego wszechświata. Galaktyki przeszyły moje ciało i pojawiły się tunele czasu, które biegły obok siebie. Wejść w czas oznaczało zdobyć się na odwagę i wybrać któryś z tych podłużnych korytarzy. I spadać w dół, wciąż w dół. Ten lot ku lądom, które zamieszkują pod naszą skórą. Pod skórą kamienia, skórą drzewa, skórą skały. Materia zatoczyła koło i znów zatrzymała się we mnie choć prędkość i wiatr wciąż były wokół mnie jak pytanie: „Czy kiedykolwiek się dowiesz, co wielki starzec odmierzał swoim cyrklem?”

Któż mógłby przysiąc, że niemożliwe nie jest możliwe, że nierzeczywiste nie jest rzeczywiste, że nierealne bywa realne, że istnieją momenty, gdy nie wiemy co jest snem a co rzeczywistością. Wynurzając się jakby z ciała płyniemy aleją kwitnących drzew. Między tym, co się wydarzyło a tym, co się wydarzy jest przestrzeń na to, co jest od zawsze. To zawsze włada naszymi myślami. Tak jakby świat zatrzymał swój bieg na kilka sekund. W tej przestrzeni dwoje identycznych drzwi. Między drzwiami pojawia się starzec i czyni wiatr. Podmuch, który ryczy jak rozszalałe lwy. Podmuch i nie wiesz, które z tych drzwi są właściwe. Dlaczego są identyczne? Dokąd prowadzą? Umysł pozbawiony myśli to znaczy być wszystkimi i jednym. Wtedy lustro świata rozbija się na tysiące bolesnych kawałków. W każdym kawałku lustra - kropla krwi. Krew słona jak łzy. Te ogniste łzy, które wypalają w twojej duszy inicjały bezgranicznej wiary.

Któż mógłby przyrzec, że być to wiedzieć że Jest. Te ptaki, które gromadzą się wokół twojej sylwetki jakby chciały cię uchronić, jakby chciały ci coś powiedzieć, jakby bały się o każdy twój krok. To ptaki dodawały ci odwagi przytulając cię do siebie całymi stadami. To ptaki pokazały ci drzewo, które człowiek okaleczył. To okaleczone drzewo czuło to samo co ty. Te sarny, które przychodzą pod okna szpitala do chorej z miłości. Mówi o sobie: jestem zbyt dobra by się obronić. Czy rzeczywiście? Dobro jest bezbronne? Przecież wierzy w Jest. Wierzy i wiara przeobraża się w te sarny, które zgromadziły się by powiedzieć, że walka dopiero się zaczyna, że nieustannie ten Ktoś ci towarzyszy, że tak naprawdę samotność nie istnieje. I ta mewa, która przelatując nad twoją głową wypowiedziała twoje imię. Te wszystkie zwierzęta, które mówiły ludzkim głosem: Idź, idź wciąż przed siebie. Idź za tym Kimś, idź za nim. Stado łabędzi, które wypłynęło do ciebie w chwili, gdy płacz ogarnął twoje całe ciało. Płakałaś każdym milimetrem swojej skóry. Płakałaś stopami i rękami. Płakałaś każdym spojrzeniem. Płakałaś i te wychodzące ci na spotkanie łabędzie…jakby wkładały ci koronę na głowę.

Któż mógłby uwierzyć, że w pewien upalny lipcowy dzień mędrzec chiński sprzed kilku tysięcy lat może wyjść nam na spotkanie. Jeszcze nie znasz jego imienia, jeszcze nie wiesz, kto to jest. Najpierw przysyła ci w prezencie żółwia, który błyszczy w słońcu nad brzegiem rzeki. Ta rzeka nie płynie zaskoczona obecnością żółwia stara się przezwyciężyć czas. Jakby była w cichym porozumieniu z mędrcem. Słowa mędrca to świat odbity w twoim sercu. To każda chwila - im krótsza tym cenniejsza. Złoty żółw między ruchliwymi ulicami, które prowadzą donikąd. Bo ta właściwa droga jest gdzieś między ulicami, między zrozumieniem i niezrozumieniem, między dostrzeżonym i dostrzeganym, między wolnością i brakiem wolności. Ta właściwa droga nie ma żadnego kierunku. Nie biegnie w przód ani się nie cofa. Nie trwa też w miejscu. Jest ponad, obok, pomiędzy, w nas i poza nami. Czym jest właściwa droga? Być może jakąś potworną podróżą do miasta ognia i gołębia. Ognia, by spopielić wszelkie pragnienia, gołębia, który jako jedyny zobaczy ciebie ocalonym. Miasto ognia i wody, bo to miasto zatopiło morze, które nie ma imienia. A ty odbijasz się od dna i cała jesteś z miłości. Te spojrzenia z daleka, które ożywają w żyłach i pną się wzdłuż ciała jakby chciały dosięgnąć nieba. To jedno spojrzenie spod błękitnej powieki nieba. I wtedy wychodzi ci na spotkanie jak słońce, które oświetla las. Wychodzi ci na spotkanie chiński mędrzec sprzed kilku tysięcy lat.