Languages

hasła na stronie

Życie to jedna z najbardziej ekscytujących plotek
I jeden z najgłupszych żartów

Maleńka furtka do zupelnie innego świata - grudzień 2006

Oglądam film "Amelia" . Jest to film o marzeniach. Odniosłam wrażenie, że moje życie było jednym wielkim marzeniem. Może nie było w nim nic realnego? Ale właściwie, która rzeczywistość jest ta realną? Która rzeczywistość jest ta właściwa? W filmie marzenia wygrywają. Jakby wrażliwość znalazła swoje miejsce w rzeczywistości. Jakby wyobraźnia była niezwykłą siłą człowieka. To jakby nawiązuje do koncepcji Hildegardy o czterech energiach. Energiach, które maja moc kształtowania rzeczywistości. Ale wysiłek wyrzeczeń jest takim trudem że nikomu się to nie udaje. Czy my wpływamy na marzenia czy marzenia wpływają na nasze życie? Rozmawiać z marzeniami to tak jak rozmawiać z mędrcem. Niekiedy najważniejsza jest cisza.

Taksówkarz skarży się, że zrobili z niego wała. Dlaczego wała? Pytam. A on na to że głosował na PiS i PO i i tak nie zrobili koalicji. Mówiąc to słucham go jakbym słuchała przemówienia po chińsku. Od lat nie interesuję się polityką i zupełnie nie wiem co się dzieje. Zabawne poruszać się ulicami jakiegoś państwa i nawet dobrze nie wiedzieć kto tym państwem rządzi.

Najlepszą w mieście herbatę przygotowuje mi Monia z mojej restauracji na Grodzkiej. Earl Grey z miodem i cytryną, herbata marzenie. Z Monią rozmawiamy o miłości. Zastanawiamy się czy mężczyźni potrafią kochać i być zakochani. W trakcie rozmowy przypomina mi się pewien sms od znajomej, która stwierdziła, że mężczyźni są brzydcy i nie mają piersi.
No tak ale mają kosmiczno nieziemskie intelekty. Przynajmniej niektórzy... Intelekt, inteligencja... nie wiem, ale od pewnego czasu powątpiewam w ich wartość. Być może cały sens życia tkwi w prostocie, naiwności, lekkomyślności, a nawet infantylizmie, przecież powinniśmy być wierni dziecku w sobie. To właśnie to dziecko najszczerzej i najbardziej spontanicznie potrafi cieszyć się każdym drobiazgiem. Nie czeka na rzeczy wielkie, ale w rzeczach małych odnajduje te wielkie.

Ostatnimi czasy wiersze jakby mi się wymykają. Do większych całości nie mam cierpliwości. A jednak piszę. Jakiś czytelnik do mnie napisał, że moje wiersze są jak najlepiej skrojone tajwańskie marynarki. Dlaczego akurat tajwańskie?

Odkryłam, że kobieta w zielonym moherowym berecie, która sprzedaje precle na krakowskim rynku jest również częścią tajemnicy. Również i ona jest jakąś odpowiedzią wszechświata, której nikt nie umie odczytać. Ja też. Jedynie niosę w sobie świadomość jakiejś intuicji, która prowadzi mnie do odkrycia, że ta tajemnica tkwi gdzieś blisko jej istnienia.
Jakie byłoby nasze zdziwienie gdyby okazało się, że tajemnica tkwi w codziennych, zwyczajnych czynnościach a nie w egzaltowanym epatowaniu metafizyka czy poezją.

Przytuliłam dziś do siebie siostrę zakonną. Czy to grzech? Ot tak, po prostu wychodząc z poczty podeszłam do niej, gdy stała ostatnia w długiej kolejce i wyszeptałam: niech siostra podejdzie bez kolejki, przecież już raz siostra stała kupując kopertę, na długość słów, które wymawiałam szeptem do niej, delikatnie przyciągnęłam ją do siebie i przytuliłam. Czy była zdziwiona? No właśnie nie i to mnie zaskoczyło. Przypomniałam sobie, że kiedyś do sklepu z bielizną weszła siostra zakonna i czuła się zupełnie swobodnie w przeciwieństwie do mnie, która odczuwa, że te wszystkie pieprzone falbaneczki, koronki, kokardki, podwiązki jakoś do mnie nie pasują. Kto więc nosi na sobie bardziej hermetyczny uniform?
A może unicorn? Odczuwać przy sobie jego obecność.

Zauważyłam, że siebie nie zauważam. Jakbym w wielu aspektach życia siebie odrzucała.
Jakby pewne aspekty życia były dla mnie nieosiągalne. Co ciekawe im bardziej oczywiste, ziemskie, realne, tym bardziej daleko ode mnie. Nie wiem jak to się dzieje, że tak niewiele rozumiem z realiów. Prawdopodobnie jestem jakimś wadliwym egzemplarzem. Albo po prostu poetą! To drugie wyjście wydaje się bardziej optymistyczne. Chyba nie należy rozgraniczać rzeczywistości na ważne i nieważne, bo wszystko jest jednakowo ważne. Najważniejsze?

Świadomość, że trud jest potrzebny, że to właśnie w trudzie tkwi piękno. Zmaganie się jest pięknem. Mamy tak mało czasu. Tak mało czasu by wszystko sobie powiedzieć czyli nic nie powiedzieć. Tak mało czasu by zestarzeć się. Tak mało czasu by przyzwyczaić się do starości. Być może tym zdaniem, które przed chwila napisałam dotknęłam tego, co przyszłe. Tego, co wciąż nieodczuwalne. Tak mało czasu by oglądnąć się za siebie i powiedzieć: wszystko było potrzebne.

Prowadzę warsztaty poetyckie w Studium Literacko - Artystycznym. I znowu to odczucie z jakiej racji akurat ja mam oceniać ich teksty. Kto mi dał takie prawo by oceniać. Przyznam, że to jakaś potworna odpowiedzialność. Jakaś potworna nieścisłość bo cóż ja poetka mogę im zaofiarować. Ocenę? Przecież ocenianie sztuki jest takie względne i właściwie nierealne. Mój student Przemek robi za gwiazdę, siedzimy w kawiarnie w Bunkrze Sztuki a on z teczki wyjmuje i wyjmuje swoje wiersze, wszyscy nabożnie biorą i czytają w wielkim skupieniu. I ja przeczytałam mówiąc: chłopcze więcej głębi, a on na to jakiej głębi? Kurwa głębi! odpowiedziałam. Właściwie to nie wiem jakiej, ale ciągle mi w wierszach brakuje tego czegoś. To coś jest nie do zwerbalizowania, ale jest wyczuwalne.

Spotkanie poetyckie z poetami słowackimi w "Lokatorze".
Stanka Repar, Oleg Pastier, Karol Chmel czytają swoje wiersze. Wiersze ciekawe, a fragment jednego wciąż brzmi mi w uszach:

może to wie
i cierpi
a ja tylko o tym piszę

jest to fragmencik wiersza Olega Pastiera.

Gdyby tak pozbierać wszystkie ulubione, zasłyszane fragmenty wierszy i stworzyć z tych fragmentów jeden wiersz.

Znów spotykam ludzi, inna szerokość geograficzna, inni ludzie, zmieniać miejsca tylko po to by znów usłyszeć coś ważnego, coś, co nadaje kierunek mojemu pisaniu, coś, co pomaga mi dorastać do własnych myśli, coś potrzebnego na dalsze. Tak jakbym była w ciągłej wędrówce. Nigdy nigdzie na stałe. Wszystko tymczasowe i tylko na chwilę.

Hieronim Szczur mówi, że Kraków jest nierzeczywisty. Być może dlatego czuje się w nim tak dobrze, bo sama jestem nierzeczywista. Oddalona od ludzi o setki kilometrów, oddalona od ludzi o to, co było w moim życiu nie do uwierzenia, o to, co było nie do przeżycia, o to, co było nie do zrozumienia, o to, co było nie do zniesienia, o to, co było ostateczne i wciąż trwa.

Nic tylko poeci, poeci, poeci, wiersze, wiersze, wiersze i ta świadomość że poezja jest iluzją. To poświęcanie siebie dla pisania, to chęć napisania czegoś wielkiego, najpiękniejszego, najważniejszego, chęć która nigdy nie będzie zrealizowana do końca. Bo sztuka to swego rodzaju pułapka. Coś co mami, daje tysiące nadziei ale wciąż umyka. Te dobieranie słów, te przestawianie słów miejsca na miejsce a żadne z tych miejsc nie jest właściwe.

Piotr Maur opowiada mi pomysł swojego wiersza: dlaczego Bóg wyrył prawo na kamieniach, a nie w ludzkim sercu? Ja odnoszę wrażenie jakby ten kamień był moim sercem.

Ludzie są tylko ludźmi a niebo wciąż pozostaje niebem.

Mam sen: śni mi się że Josif Brodski przychodzi do mnie na kolację. Jestem speszona i zupełnie nie wiem co przygotować. W końcu przygotowuje pierogi. Dziwne przypominam sobie jego wiersz o wigilii w którym wybierał się na pierogi.

Umieć cię ponazywać od początku do końca
Czym będą określenia jeśli nie przyziemna grą słów
Wciąż dla siebie niezrozumiałą i obcą
Każdy drobiazg może sąsiadować z czymś ostatecznym
Każdy gest może być tym najważniejszym gestem nieba

Z Hieronimem Szczurem plotkujemy i dochodzimy do wniosku, że wielu naszych znajomych parających się sztuka jest samotnych. Hieronim stwierdza że pozostają wierni swoim marzeniom kosztem życia osobistego. Ale czy ta wierność marzeniom nie jest jakąś ułudą?
Starcem, który zwodzi jak w opowiadaniu Hessego p.t. "Poeta".

Hildegarda z Bingen pisze o aniołach, które są gwiazdami, a przed Bogiem są książką. Zastanawiające czyż nie? Czym jest ta książka? Czym jest ksiązka p.t. "Corpus poetarum", którą Kartezjusz zobaczył we śnie? Czym ma być ta książka, którą wiele razy widziałam w Twoich rękach. Książka, którą dla Boga bywają aniołowie. Ksiązka w rękach św. Antoniego jakby chciał mi zwrócić to, co zgubiłam.

Drzewo nie jest drzewem
Deszcz nie jest deszczem
Łąka nie jest łąką

Zgłębianie świata. Próby jego zrozumienia, próby wyciągania jakiś elementarnych wniosków. Nic z tego. Paradoksalność znieważa rozum. Czas jest dobrym dzieckiem. Czas jest naszym wspólnikiem tej przedziwnej kradzieży. Chwile wypożyczone od szczęścia. W przemijaniu musi istnieć jakiś głębszy sens. Tak jak minęła tamta niedziela tak minie i ta niedziela i wszystkie możliwe niedziele. Ale czy rzeczywiście przeminą? Co za różnica tydzień czy całe życie. Względność czasu jest jak żart źle opowiedziany. Być może właśnie ten tydzień był naszym całym życiem. Buddyści znają postawę jak przezwyciężyć tą bezradność wobec czasu. Ale jak być buddystą jedząc namiętnie kotlety schabowe, chałwę i popijając to wszystko kawa lub gorąca czekoladą.

Jak brzmi słowo - klucz do serca mężczyzny?

Istnieją różne rodzaje inteligencji: inteligencja nadprzyrodzona, inteligencja niema, inteligencja matematyczna, inteligencja mistyczna, inteligencja logiczna, inteligencja intuicyjna, inteligencja błazeńska, inteligencja powierzchowna itd.
Inteligencja to coś, co pozwala nie używać słów, a raczej rozmawiać nie używając do tego słów. A jeśli słowa te są jak kostki domino, które używa się tylko dla oznakowania kierunku.

Kim są moi przyjaciele. Ci, których nigdy nie spotkałam, a których obecność jest dla mnie tak ważna. Ci, których spotkałam i dzięki, którym usłyszałam tak wiele ważnych słów. Zaznaje samotności, w której nie ma nic samotnego. Biegnę do samotnego domu tak jak biegnie się do kochanka. Tak jak biegnie się do wielkiej miłości. Co takiego jest w tej samotności że wciąż jej potrzebuję? A może to nie jest samotność tylko służba czemuś Niepojętemu. I to pytanie o pisanie. Nieustanne paranie się słowem. Próby ciągłe próby.
Przyjacielu bądź zawsze przy mnie tak byśmy się nie nauczyli czym jest pożegnanie.
Miłość to szukanie podobieństw, których nikt nigdy nie odgadnie, szukanie bliskości, której nikt nigdy nam nie odbierze.

Moja pierwszą ojczyzna jest pustynia
Moją drugą ojczyzną jest łąka.

Koncert współczesnej muzyki włoskiej: Luciano Berio, Goffredo Petrassi, Franco Donatoni, Giacinto Scelsi, Luigi Dallapiccola. Kompozycje ciekawe choć samo wykonanie dawało wiele do życzenia. Muzycy nie byli jednym z muzyką tak jakby tej muzyki po prostu nie rozumieli. Rytm utworów przywołało we mnie poczucie ruchu, ciągłego dalej, ale jak to dalej zatrzymać przy sobie? Było też sporo liryzmu. Tak jakby ktoś biegnący na spotkanie z kimś drogim otarł się o nas naznaczając nas dotykiem pragnienia i pożądania. Mnie ujął ostatni utwór Giacinto Scelsi ? V kwartet smyczkowy. To jakby studium krzyku. Krzyku, który zagłuszamy w sobie tysiącem niepotrzebnych czynności, krzyku, przed którym chcemy uciec błąkając się od kawiarni do kawiarni, krzyku, który hodujemy w koniuszkach palców okłamując siebie że przez przypadek coś wypadło nam z ręki.

Ludzie, którzy parają się sztuką tracenia lubią obserwować zmierzch. Zmierzch, który hodują pod skórą. Zmierzch, który płynie w ich żyłach. To powolne ubywanie światła, to słanianie się różnych odcieni szarości. Coraz mniej światła ujawnia czym naprawdę jest to, co obserwowane.

Jeśli jesteśmy w takim a nie momencie czasowym, w takim a nie innym miejscu na mapie świata, w takim a nie innym tu i teraz to znaczy, że jest to właściwe miejsce i właściwy czas bez względu na tęsknotę, na wspomnienia i pragnienia. Milton powiedział: Mniejsza gdzie będę, skoro będę sobą. Najważniejsze to być całym sobą. Największą sztuką jest być takim jakim się jest naprawdę. Nie przekłamywać samego siebie sobą.

Mam sen: dostaje w prezencie las, który jest świetlisty i jedno drzewo.

Jestem na spektaklu zespołu włoskiego z Padwy. Spektakl mnie oszołomił. Zobaczyłam wiersz. Tak zobaczyłam. Ja swoje wiersze albo słyszę, albo przeczuwam, albo widzę. Czy mają jakikolwiek związek z moimi myślami? Moja wyobraźnia jest nieustraszona pociąga za sobą tyle obrazów, tyle skojarzeń.

Żadna z moich książek mnie nie zawiodła, przeciwnie zaczynała żyć swoim własnym życiem i żyło się jej lepiej niż mnie. I wielokrotnie bywałam wzruszona gdy widziałam swoje książki w rękach obcych mi ludzi. Nie chcę iść drogami wyznaczonymi przez wielkich i mniej wielkich pisarzy. Chce odnaleźć własną drogę pełną buntu, obsesji i natręctw. Taką drogę która zaczyna się z nikąd i dąży do nikąd. To z nikąd do nikąd jest jakby manifestem pokory. Zrozumieniem bezsilności wobec własnego losu. Ale też to z nikąd do nikąd może zaprowadzić dużo dalej. W tym z nikąd do nikąd mieści się cały ogrom wolności. Tej wolności, która może ocalić nie tylko człowieka, ale i słowa.

Najwartościowsze są te gesty, które nie oczekują niczego w zamian

Taksówkarz mnie pyta: czy jeszcze się spotkamy kiedyś w życiu?
No właśnie, w którym życiu się spotkamy, być może spotkaliśmy się przed tysiącem lat i być może spotkamy się za tysiąc lat. Wierze w mityczną wędrówkę między stuleciami.

Żegnamy czas, który mógł być naszym pośrednikiem. Chwila wypożyczona od szczęścia trwa tyle co mrugnięcie powieką. Ale czym jest wszechświat jeśli nie jednym westchnieniem. Słyszałam jak oddycha niebo, to tak jakby pies biegł do swojego pana. Wywalczmy tę resztkę nieba , dla której ważniejsza jest miłość od wszystkiego innego. Każdego dnia spodziewaj się odkrycia nowego dnia. Każdej nocy może nadejść inna noc.

Znów Wrocław, święta a ja hildegarduję czyli pisze pracę o Hildegardzie z Bingen. Odkrywam w niej coś, co być może będzie niezbędne w myśleniu w przyszłości. Coś, co jest obecne i u Boemego, Blake?a, Swedenborga. Jej wrażliwe rozumienia świata. Wyższość duszy nad ciałem wyobraźni nad rozumem. No właśnie, Kartezjusz wmówił nam, że rozum jest najważniejszy odrzucając wyobraźnię, intuicję i dokonując redukcji tego, co w człowieku być może irrealne, ale istniejące! To Kartezjusz wpędził nas w ten labirynt logiczności i schematyczność myślenia racjonalnego. A ja wszystko co racjonalne i logiczne mam gdzieś.

Dostaje SMS ? a od Kaczki: Plakaty już wiszą. Sprawa poważna. No tak mamy występ Villi Decjusza 7 stycznia. Kaczka będzie śpiewał pieśni Schuberta z Winterreise, a ja mam mu akompaniować czyli brzydko mówiąc przygrywać. Trochę te plakaty mnie rozśmieszyły. Znowu jawią mi się jako coś ultra surrealistycznego. Plakaty wiszą a ja wciąż nie umiem grać tego swojego akompaniamentu. To tak jakby ktoś miał brać udział w rajdzie samochodowym, a dopiero zapisał się na kurs prawa jazdy. Zabawne.

Wrocław. Spotkania ze starymi przyjaciółmi. Podczas mojego świąteczno ? grudniowego pobytu we Wrocławiu tylko w jeden dzień padał śnieg. W dzień gdy spotkałam się z Sylwestrem Zawadzkim. Nie widzieliśmy się dwa lata. Ale co tam czas. Sylwek opowiada mi o swoim remoncie w domu jakby przez jakąś ostrożność nie mówi nic o poezji. Bo Sylwek stwierdził że poezja to szajs i już więcej nie napisze ani jednego wiersza. Gadamy o wszystkim i o niczym W pewnym momencie patrzymy na metalową konstrukcję sceny, którą przygotowują na sylwestra. Ta metaliczność obudziła w nas skojarzenia no i zaczęło się: Futuryzm! Marinetti! Peiper!!! Pobiegliśmy do kafejki internetowej pomyszkować pod hasłem Marinetti. Niestety wierszy nie znaleźliśmy. Jeszcze długo w nocy czytałam jego manifest: nie ma już piękna poza walką! Albo : sztuka w istocie może być tylko gwałtem, okrucieństwem i niesprawiedliwością! Sylwek tego wieczoru był szczęśliwy bo jakiś poeta dał mu w prezencie dywan za dwie puszki piwa. Sylwek skonstatował: żyje się bardziej po ludzku z dywanem niż bez.

W sobotę przed sylwestrem z Marcinem Czerwińskim i Sylwkiem Zawadzkim postanowiliśmy, że zrobimy mały clubbing czyli chodzenie od clubu do clubu, od pubu do pubu. Zaczęliśmy od Planety na wrocławskim Rynku. Muza była niezła. Oczywiście techno. Bo ja ostatnio tylko słucham techno. Żadnej klasyki no może poza Winterreise Schuberta. Plotkowaliśmy o wszystkich naszych wspólnych znajomych. O zdradach i miłościach. Naszą eskapadę zakończył pobyt w Clinik gdzie przy na niebiesko oświetlonej windzie chłopcy sączyli alkohole, a ja rozmyślałam dokąd ta winda prowadzi. Winda była jak nie z tego świata. Odnalazłam w sobie jakieś dziwne wspomnienie, ten błękit, te metaliczno- szklane drzwi windy coraz bardziej mnie hipnotyzowały. Miałam odczucie, że to nie może być ot taka sobie zwykła winda. Że ta winda to miejsce gdzie nasze ciała zamieniają się w energię świetlną i dzięki temu podróżują między odległymi galaktykami.

Moja samotność potężnieje. Ta moja wielka samotność, w której przedmioty są wyolbrzymione do rozmiarów przekraczających ich znaczenie. Ktoś nadał tej mojej samotności jakąś wartość. Ktoś umiał nazwać tę samotność. Siedząc przy swoim biurku czuję się sama w całym wszechświecie. Ale w tej samotność jest pewna maleńka furtka do zupełnie innego świata.

Ten niepokój
Jakby brak własnego miejsca
Jakbym wciąż biegła do kogoś
Do kogo?