Księżycowy Ptak
I
Księżyc krąży wokół nas jak samotny wilk wypatrujący przyjaciela
Jego niewidoczna strona jakbym to ja była zasłoną
Przesłaniała coś ważnego w sobie
Czy podejrzewałeś że blask może podfrunąć tak blisko?
Ten blask nosisz w sobie dlatego zakołysał twoją małą planetą
Zanim po raz drugi otworzyłeś powiekę zniknął
Czy wiesz o tym?
II
I znów zaczynamy od początku: gorąca herbata i ślady na śniegu
Jest teraz właściwa pora by wybrać się do ośnieżonego lasu
Jak dwa samotne wilki będziemy patrzeć na siebie z daleka
Idąc milcząco obok siebie jakby rozumiejąc że ten kto wie milczy
Ślady narysują drogę w kształcie serca czy na kartce będą widoczne?
Ktoś włożył słomkowy kapelusz w środku zimy
Napoczynając pierwszy płatek śniegu jak słodkiego deseru
Zima jak tort urodzinowy dla dziecka chłodu
Tym chłodem karmi się poezja czekając w każdym słowie na samą siebie
Niepojęte nabiera kształtu paznokciem mrozu rysuje znaki
Dostrzegasz ich wartość w ametystach oświetlonych słońcem
Im krócej trwa ta chwila tym dłużej trwa w tobie
Śnieg pożera światło księżyca
Rozpostarte skrzydła rozdarte wnętrze nocy
Na brzegach skrzydeł ktoś napisał list:
III
Nie porzucaj prawdy pisania
Ważne jest gdy opowiadasz historię swojego życia
Ale ważniejszym jest komu ją opowiadasz
Stąd do słowa wybrukowane kośćmi anioła
Okruchy piękna które połyskują w błocie
To co kiedyś wydawało się takie dalekie
Teraz jest naszym ciałem
W które nie wierzymy choć je czujemy
Które nie poznajemy choć je znamy
Nie porzucaj prawdy pisania
Tak aby nie zawieść niewidocznej strony księżyca
Tak aby wszystkie słońca stały się jednym
Odkąd poznałem twój dar pojednania ze światem
Wstyd mi że chcę więcej
IV
Piszę z myślą o tym jednym poranku że przytuli mnie nad kartką
Jak prezent z daleka opakowany w błękitne światło: trud czuwania
Piszę z pragnieniem tego jednego poranka w który wejdę całą sobą
Znów pobiegnę wykupić wszystkie hiacynty w kwiaciarni
Hiacyntowy las by czekać znów czekać na pierwszy płatek śniegu
Poranek skręca w uliczkę o wielu twarzach i imionach
Na której między nocą a dniem są drzwi do innego świata
V
Piszę rozkochując w sobie żywioły i prowokując ryzykowny gest nocy
Ten przewrotny gest: chęć przeważa nad oddaniem
Noc stąpa przede mną jak nieznajomy w czarnym fraku
Chce mi odstąpić połowę świata przez chwilę jestem wtajemniczona
Ogłaszając się królową świetlistych ptaków
Srebrna karoca hipnotycznie porusza się między stuleciami
Jakby wszystkie gwiazdy zamieszkały w moim pokoju
Niebo odsłania swoją prawdziwą naturę:
Szaleńczą miłość szaleńcze przywiązanie szaleńczą zazdrość
VI
Księżyc jest jak japońska czarka wypełniona pustką
Pustka pustki nie zapełni więc odchodzimy z pustymi rękami
Posilamy się realiami w które wątpimy ale wciąż udajemy
Narzucając sobie proste rozwiązania wykładamy grzechy jak kości do gry
Przypatrując się sobie kto zacznie tę piekielną partyjkę przypadkowości
Klęska nas znudzi tak jak znudziły nas wojny i zemsty
Jakbyśmy działali nie myśląc ale marząc: fioletowe kosmyki łąki
Bezpańscy marzyciele drążący świetliste tunele w głazach
Fiolet jak astrologia znaczeń przeniesie nasz los nad przepaścią
Obudzimy się w hiacyntowym lesie tak bliscy jak dwa płatki z tego samego kwiatu
VII
Mówić więcej oznacza milczeć
Tak jak milczący jest lot spojrzenia
Wzbija się nad historią i życiorysami
Błyszczy jak sztylet inkrustowany światłem księżyca
Jak pogodzić milczenie z pisaniem
Jak pisać wymawiając milczenie
Zauważyć
Wyczuwalne są nawet te łzy których nie widać
Łza z odsłoniętymi ramionami
Jak linoskoczek pod kopułą nieba
Jak złodziej który wykrada odrobinę błękitu
Przypomina mi się da Vinci który dochodził jak powstają chmury
Przypomina mi się Mozart który pisał na błękitnym papierze nutowym
Przypomina mi się Newton który nad brzegiem morza zbierał muszelki i kamyki
Który z nich był bliżej błękitu?
Który uwiódł duszę świata?
Kto z nich mógł powiedzieć: czekam
Który z nich: doczekałem się
Kto z nich był na właściwym tropie?
VIII
Romantyczni astronomowie liczą gwiazdy jakby obliczali pojemność serca
Zwracając nam bliskość dwóch punktów najdalej oddalonych od siebie
Ale czy miłość jest policzalna?
Jeśli odległości stąd-tam nie można dotknąć
To jak wytłumaczyć bliskość zakochanych?
I jak przekonać wzajemność by upomniała się o nas
Jeśli tak trudno odnaleźć się w kosmosie
Mam błękitne podstawy by domagać się wzajemności
Krzyk umilkł przed milionami lat i powrócił echem
Głosem nieznanym dalekim przerażającym
IX
: Ktoś mnie wołał ale zbyt wiele w nim widzialnego
Czy rzeczywiście tak mam na imię?
Niebo jest dzieckiem nieustannie poszukującym ojca i matki
Dziś przywarło do twoich ust: wschodzi serce słońca
Potajemna mowa: inne słowa pod powierzchnią codziennych słów
Czy wiesz już teraz czym są twoje wiersze?
Przemówię nocą gdy świat będzie spał
Zajęty myślami o sobie nie zauważy mojego istnienia
Dostrzeże tylko kontur zamieniony w bieg wydarzeń
Moje prawdziwe imię jest zapisane w odległej galaktyce
Moje prawdziwe oblicze nie odbija się w żadnym lustrze
X
Boje się że jestem ci dłużna coś czego nie potrafię napisać
Opowieść jak otwiera się niebo i wylatują na wolność ptaki
Wiem to musi być zapisane choćby kamienna bryła słów raniła
Ta noc musi zobaczyć wreszcie światło dzienne
Ta jedna noc: pozbywanie się siebie by ciebie było więcej
XI
Odważysz się będziesz karmić oślepiające zaklęcia księżycami
Te wszystkie zagubione księżyce marzące o własnej planecie
Odważysz się wszystkie poranki świata staną się twoim domem
Jeśli istnieje cos takiego jak dom do którego zawsze można wracać
Odważ się nie zawierzaj temu co nazwał człowiek
To co nazwał jest odbiciem tego do czego nie jest zdolny
Twoje wspomnienia mają władzę nad tym co ma nadejść
Pozostajesz nierozpoznane nabiera mocy dzięki temu możemy rozmawiać
Wyłowiłem cię z ognia bo dążysz do ognia
XII
Jeśli księżyc stałby się cyferblatem jaka byłaby na nim godzina?
Wskazówka stawania się prawdziwym zatacza coraz większe koła
Przekraczasz horyzont i wyznajesz: wreszcie dotyk przeczuwany dotyk
Tak bardzo jak bardzo jest ten krajobraz lekcja świata: wzór matematyczny
Boje się go zrozumieć że zniknę
Wywabialiśmy z kryjówek węże chcieliśmy niebezpieczeństwu patrzeć
Prosto w oczy przekonać się czym jest ta samotna walka o wszystko
XIII
Wymierzając sobie karę nie czyń drugiego winowajcą
Może banalnie ale mówię bo ktoś to musi powiedzieć
Przyzwyczaić się do obietnic które ciebie przerastają
Jesteśmy mówieniem poprzez niewypowiedziane
A jeśli wypowiem czy ktokolwiek to zauważy ?
Wypowiem chwilę która dopiero nadejdzie
XIV
Poezja to zakłamanie nie powiedzenie sprawy do końca
Poeci kalkulujący z jaką metafora będzie im do twarzy
By wyjść na prowadzenie w tym wyścigu o szelest papieru
Jarmarczne umizgi do tego co wielkie powierzchowność przeżyć
Brak prawdziwego nie postawienie wszystkiego na jedną kartę
Te uniki poprzez fałszywą eksploatację delikatności
Mogłabym wykłócać się o wagę każdego słowa
Ale uznaliby mnie za szaloną
Mogłabym walczyć o moc dobrych słów
Ale zaczynając tę walkę byłabym przegranym
XV
Policzmy kamienie rzucone w naszą stronę raz dwa trzy
Raz: posadzimy je w ogrodzie do którego nikt nie potrafi dotrzeć tu i tam
Wyrosną z nich kielichy tulipanów z których wypijemy napój przejrzenia
Pułapki zastawiane na twoje uczucia by zniweczyć to do czego dążę
Rozpraszanie ważnego na mnóstwo niedokończonych historii
Dwa: zbudujemy z nich wieżę by patrzeć na to co ludzkie z góry
Oddechy chmur i ptaków nauczą nas jak szybować w błękicie
Pozbędziemy się ciężaru stawianie kroków by zbliżać się do ziemi
Trzy: każdy z kamieni zamienimy w usta które błagają lub proszą
Dzięki temu dowiemy się o czym marzy świat
XVI
Przepraszam świat że kazał mi rozumieć: odkłamać przeznaczenie gwiazd
Cyganka z dzieckiem na rękach okrążająca chłodną zimową planetę
Jakby wypuścił ją z objęć księżyc i przywrócił ludzką postać
Ktoś powiedział: twój los to gwiazda w twoich piersiach
List od ciebie kartka światła na której odbija się nasza galaktyka
Ma kształt uśmiechu jakby zobaczyła bezradność dziecka
XVII
Są w tobie śniegi których nie stopi żaden ogień
Poddana próbie wytrwałaś dotrzymując słowa
Pozdrowiła cię błyskawica
Byłaś zraniona i rzeczywistość nie przystawała do ciebie
Jakby ktoś wyrwał z korzeniami drzewo twojego dzieciństwa
Sponiewierano twoją wierność samotność żałobę sponiewierano
W tym wspólnym bólu wyznaliśmy sobie nasze twarze
Gdybym cię dotknął spłonęłabyś dlatego potrzebna nam była ta zima
Między płatkami śniegu całowałaś kwiaty zakwitały na twoich oczach
Rozpoznawaliśmy do czego zdolna jest miłość noc odsłoniła chłodne ramiona
XVIII
Głodujemy na tej księżycowej pustyni kto nas nakarmi?
Srebrny pazur lustra wczepiony w każdy odruch wolności
Oddala od nas to co takie bliskie zawłaszcza wiedzę prawdziwego
Deformując ją w niezliczoną ilość domysłów zawsze błędnych
Głodujemy na tej księżycowej pustyni zapatrzeni w odległą planetę
Gdzieś daleko a obok siebie nierozpoznani japońska dziewczyna która
Uświadomiła ci że trzymasz w ramionach księżyc wierny i wezbrany
Jak rzeka pamięci popłyń nią wzdłuż brzegu: ciało które kochasz
Zrozpaczone że istnieć to wciąż na nowo wskrzeszać wszechświat
Głodujemy brakiem bliskich i domu z ogrodem żegnając siebie
„to w tobie otwiera się niebo” i ich oddechy stały się jednym
Ja i ty to niewidzialny pokarm dzięki któremu przeżyliśmy
Nasze dzieciństwo wspólne odkrycia i sekrety
Jesteśmy jak dzieci które wierzą w moc słów
Zawracając do dnia gdy odkryliśmy siłę wiersza
XIX
Tak wiele olśniewających wierszy jeszcze nie jest napisanych
Tak wiele zniewalających metafor nie ujrzało światła dziennego
Mowa to potęgowanie powołania i powinności
Czuwanie nad każda literą
Jak wiele liter zawstydzi swoja prawdą ?
Jak wiele zdań będzie uczynnych i gotowych na wszystko?
Jeśli jest poezja musi być pokora
Wiersze znają cię lepiej niż ty sama siebie
To wiersze są tym miejscem do którego zdąża metafora ciebie
Zawsze gotowe by przyjść ci z pomocą
XX
Wiersz dla J. P
Nasze ciała nie były nam potrzebne może dlatego posłużyły drugiemu człowiekowi do torturowania. Nasze ciała które przesłaniała krew i blizny. Ciała które pragnęły jednego: Prawdy. Wołaliśmy o nią w dzień i w nocy. Wołaliśmy nawet wtedy gdy wyrwano nam język. Pisaliśmy o niej nawet wtedy gdy obcięto nam ręce. Myśleliśmy o niej nawet wtedy gdy odebrano nam możliwość myślenia. Nasze ciała nie były nam potrzebne może dlatego nie mogliśmy wprawić w zakłopotanie naszych katów. Prawda okazała się tak samo znienawidzona jak my. Być potrzebnym tylko dzięki nienawiści? Prawda tak jak i my pozostała okaleczona. Tak jak i my nigdy nikomu nie zaufa do końca.
Wybudowano wokół nas mury milczenia
By nie dotarło do nas żadne słowo miłości
Obroniliśmy się odnaleźliśmy zapomniany język
Jest nim blask który dostrzeże tylko to co odrzucone
Teraz my staliśmy się milczeniem a mury skomleniem
Teraz blask jest oślepiający spada nieoczekiwanie jak lawina
XXI
Przychodzimy rozjaśnieni wiedzą o tym co ma nadejść
Otwieramy korzenie drzew jak księgi sprzed tysiąca lat
Uczymy się nowego alfabetu zgłębiając światło księżyca
Szalejemy bo zbyt wiele wiedzy którą zaczyna i kończy smutek
Odchodzimy pochyleni pod ciężarem dotyku który nas ocalił
admin, 2. lipiec 2008 - 17:10
- Zaloguj się by odpowiadać