Miasto kanibali
To pisanie ta barwna stypa
układanie zgrabnych nekrologów
czarno zastawiony stół poezji-macochy
ochłap wieczności wyrwany śmierci z pyska
w gruzach przemywasz twarz przymykasz oczy
rosną długi do spłacenia:
nie ma miłości nie ma pisania
nie ma bijatyk nie ma metafor
nie ma kata nie ma poematu
nie ma rany nie ma czym pisać
nie ma przegranej nie ma przebudzenia
wiem nie wolno się wzruszać
godzina szczytu zagłuszy wszystko
rzeki zgięte w kolanach zanoszą się od podejrzeń
na liściu płynie dom łeb rekina krew tygrysa
żebraczka układa ręce do prośby jak wiersz
pod literami ukrywają się pewni panowie
w liczbie pojedynczej lub mnogiej
ciemni i chłodni jak bezsenne noce
hojnie rozdają czerń
tak by pasowała do gliny i żałoby
drobny handel snami i uśmiechem
na czarno kupowana aprobata
nowa moralność nowy grzech
nie wystarczy spowiedników
nie wystarczy rozgrzeszeń
nie wystarczy grzechów
pięść słońca uderza o ziemię
łzy pękają na twarzy jak wrzody
ściany niosą cierń fiołkowowłosej pokusy
cyferblaty patrzą tępo przed siebie
ani to miasto ani planeta
nie jestem pewna
tasuję karty z wybrakowanej talii
nie jestem pewna nawet brudu za paznokciami
czekam kiedy wreszcie będę się żegnać
by wybaczać do granic wytrzymałości
admin, 22. sierpień 2008 - 10:44
- Zaloguj się by odpowiadać