Languages

hasła na stronie

Kto Ci powiedział, że wolność jest tanim hostelem?

Rozmowa Dominiki Dworak z Ewą Sonnenberg

Wywiad dla pisma "OPCJE"

Z pierwszego mojego wrocławskiego spotkania z Ewą Sonnenberg pamiętam kawiarnię Kalambur… Pośrodku nocy, zmęczone bieganina i upałem przysiadłyśmy tam vis-a-vis pianina. Jaka historia zaczęła się tam, w Kalamburze, wiele lat temu?

Najpierw były koncerty muzyki klasycznej, które wykonywałam na starym pianinie w kawiarni Kalambur. Dość dziwne miejsce jak na wykonywanie muzyki klasycznej, ale chciałam spróbować, jako studentka Akademii Muzycznej miałam potrzebę grania, przyszłam i zaproponowałam cotygodniowe recitale pianistyczne Pani Halinie Litwiniec. Zgodziła się i tak w każdy piątek zbierała się grupka melomanów: aktorów, poetów, krytyków i tych całkiem z ulicy ludzi by posłuchać Chopina, Bacha, Beethovena, Mozarta. Do dzisiaj trzymam listy jakie mi zostawiano nie licząc czekoladek, i niezliczonej ilości napojów serwowanych mi przez słuchaczy. Kalambur jest dla mnie miejscem już mitycznym. To kawiarnia - teatr gdzie debiutowałam jako poetka zdobywając nagrody w konkursach poetyckich jednego wiersza jakie były tam organizowane na początku lat 90- tych. Były to czasy szczególne a konkurs jednego wiersza o kropkę Że wywoływał wielkie emocje w środowisku literackim młodego pokolenia. Piękna, młoda i głupia zaczęłam wygrywać kolejne edycje i tak z pianistki stałam się poetką. Pamiętam, że pierwsze wyróżnienie zdobyłam pod pseudonimem OSKAR. Zabawne, Oskar Wilde i jego słoneczniki i aksamitny, w kolorze butelkowym płaszcz działały zawsze na moją wyobraźnię.

Pamiętam Twój występ w JazzClubRura, niesamowita atmosferę tego miejsca i energię, z która recytowałaś swoje wiersze. Trudno powiedzieć „recytowałaś”. To graniczyło z metafizycznym przeżyciem, dotykało najgłębszych strun duszy. Skąd w Tobie ta wiara w moc poezji sprawiająca, że we wszystkim, co robisz czuć Prawdę?

Coś w tym jest. Mówisz metafizyczne przeżycie? Bo sztuka ociera się o metafizykę. Jest jakby przełożeniem poważnego i niebezpiecznego języka metafizyki na język bardziej przystępny i osiągalny. Wystarczy posłuchać pierwszych taktów Requiem Mozarta, by otrzeć się o coś niewiarygodnego, tajemniczego, metafizycznego. W Paryżu poznałam pewnego prozaika, który nazwał mnie La Verite czyli Prawda. Sztuka jest taką mniej lub bardziej udaną próbą zbliżenia się do Prawdy. Jakiej Prawdy? Tego nie wiem. To pozostaje tajemnicą. Istnieją wtajemniczeni, ale o ich istnieniu nikt nie wie. Być może gdybyśmy odkryli tę Prawdę tworzenie nie miałoby sensu. Wierzę w moc poezji, w moc słowa. Kiedyś napisałam: Moc dobrych słów jeszcze się nie wyczerpała. Mając na uwadze jakby dewaluacje tych najprostszych i najważniejszych słów w naszym życiu. Pewien krytyk i poeta japoński z X wieku Tsurayuki powiedział, że wiersze są zdolne zmiękczyć zatwardziałe i nieustraszone serca wojowników. Absolutnie się z nim zgadzam. Być może dlatego napisałam cykl „Zaklęcia miłosne”. Słowo ma niezwykła moc, w chwili gdy sobie to uświadomiłam porzuciłam muzykę na rzecz poezji. Słowo- klucz, słowo – zaklęcie, słowo – podnóżek dla stóp anioła to tylko niektóre możliwości słowa. Ortega y Gasset powiedział, że metafora to instrument jaki Bóg zapomniał w ciele człowieka. Oprócz prawdy poezji jest prawda życia. Chodzi o to by nie przekłamywać samego siebie, by nie chodzić drogami na skróty. Zresztą bądźmy szczerzy czy rzeczywiście ludziom chodzi o Prawdę przez duże P? Z prawdą podobnie jest jak z dobrem. Dobro ludzi po prostu nuży, nudzi, śmieszy. Ktoś kto jest dobry uważany jest w powszechnym mniemaniu za głupca. Za kogoś komu można narobić na głowę a ten i tak na koniec podziękuje. Oczywiście Oskar Wilde powiedział kiedyś, że nie koniecznie głupiec w oczach ludzi jest głupcem w oczach Boga, ale…A piękno? Przecież w dzisiejszej cywilizacji zostało zniekształcone, przeinaczone, zdeformowane, wybebeszone. Teraz w cenie jest fasadowość, atrapy, placebo.

Co chciałabyś powiedzieć młodym ludziom wybierającym drogę poezji?

Że poezja nie jest zabawą. To irracjonalna harówka. Nie ma taryfy ulgowej. Albo wszystko albo nic. Gdy czytam niektóre wiersze młodych poetów wewnętrznie krzyczę: kurwa głębi!
No właśnie, ale głębia to rodzaj pewnej transakcji egzystencjalnej: im więcej bólu tym lepsze poezja. Okrucieństwo, przerażenie, odosobnienie to komponenty, które pojawiają się gdzieś w tle, niekiedy na pierwszym planie. Ale kto może się zdecydować na takich towarzyszy? Wkurwiają mnie wszelkie gierki, pisanie pod publiczkę według ustalonych reguł jakie dyktują salony poetyckie czy kawiarniane stoliki. Mam to gdzieś. Pisanie na usługach popularności czy rozgłosu, nie to zupełnie o coś innego chodzi. Ciorano powiedział, że rozgłos dla pisarza jest jego katastrofą. Mnie imponuje pracowitość Michała Anioła, wyrafinowanie Leonarda da Vinci i bezczelność Rimbauda. I takie wzory zalecałabym młodym. Z perspektywy widzę, że poezji, tworzeniu najlepiej robi pracowitość, wyrafinowanie i…bezczelność. Bezczelność w sensie podwyższania sobie poprzeczki i chęci dorównania tym najlepszym mistrzom. Ale jednoznacznej recepty na drogę poetycką nie mam. Jest to sprawa indywidualna. Chyba rodzimy się poetami. To wszystko. Reszta jest próbą poradzenia sobie z powołaniem, z przeznaczeniem.

Pamiętam, że kiedyś natknęłam się na Twojej stronie na zdanie: „wołanie ze Słonecznej Góry”…Kogo lub co przywołuje Ewa Sonnenberg?

Przywołuje wszystkich, którzy nie boją się stanąć twarzą w twarz z Nienazwanym.
Przywołuję tych, którzy stracili wiarę w rzeczy niemożliwe.
Przywołuje odrzuconych, poniżonych, samotnych by poezja stała się dla nich schronieniem.
Przywołuje przyjaciół, których kocham choć nigdy nie poznałam ich imion.
Przywołuję tych, którzy mnie nienawidzą by spojrzeli prosto w oczy mojej poezji.
Przywołuje skały by nauczyły mnie braku odczuwania.
Przywołuje kamienie by odebrały mi kamień który wciąż mi ciąży.
Przywołują wiatry by wciąż mnie kochały tak jak mnie kochają.
Przywołuję wody by zmyły to co przekłamane i ukazały prawdę.
Przywołuje niebo, tak niebo, które otwiera się we mnie.

Zabawne cytuję samą siebie, a jest to fragment z mojego eseju o Rimbaudzie.

Każdy Mistrz ma swojego Ucznia. Czy jest ktoś, kto wstąpił na szlaki, które przecierałaś? Kogo Ewa Sonnenberg wskazałaby jako swojego następcę?

Nikomu nie życzyłabym być moim następcą (śmiech) bo ja jakby nie było mam trudny los. Zresztą najpierw trzeba być Mistrzem. Na to określenie muszę jeszcze popracować ze trzydzieści lat! Chyba lepiej by było gdyby młodzi potrafili znaleźć swój własny język, własny głos, własne przemyślenia a nie wzorowali się na mnie. Nie wiem jak to jest w Polsce, ale na przykład w Serbii, w Belgradzie gdzie moja ukochana tłumaczka Biserka Rajcic niestrudzenie tłumaczy to, co piszę i dzięki której miałam wiele publikacji i publikację książkową, mówi się, że młode pokolenie pisze jak Sonnenberg. To zaskakujące: inna szerokość geograficzna, inny język, inna mentalność a moje teksty pisane gdzieś na końcu świata znalazły taki odbiór. Zresztą moja poezja jest tak inna od tego, co się w Polsce pisze….

Twoje wiersze są bardzo osobiste. Czy nie boisz się, ze ktoś kiedyś wykorzysta je przeciwko Tobie?

Mam to gdzieś. Czy sztuka może się obrócić przeciwko temu kto ją stworzył? Oczywiście czasami zapisany tekst może trafić w jakieś zafałszowane konteksty. Ale ja mam odczucie, że moje teksty stoją po mojej stronie. Zresztą nie jestem pewna czy moje teksty rzeczywiście są na tyle osobiste by wyciągać jakieś wnioski z mojej biografii choć skłamałabym gdybym powiedziała, że moje życie nie splata się z moim tworzeniem. To jakby dwie strony tego samego medalu. Nie wiem czy są osobiste, są prawdziwe. Mają w sobie prawdę życiorysu, prawdę przeżyć, prawdę wysiłków by wysłowić to co niewysławialne. Chyba dojrzałam do tego, co piszę, jestem świadoma swoich tekstów. Wiem co chcę powiedzieć. To ważny moment dla mnie. Moment, w którym pisarzowi nie może zagrozić żadna błędna interpretacja. Praca ze słowem to rzecz bardzo ryzykowna. Słowa lubią się przeciwstawiać, buntować, robić uniki, zazębiać się w zbędne podpowiedzi. Pisanie to jakby poskramianie słów, panowanie nad nimi, podporządkowanie ich sobie ale także podporządkowanie siebie słowom. Pokora to jedna z metod posługiwania się słowem. Pokora i….bunt. Bunt przeciw schematom, nawykom, zabobonom. Słowa są jak kelnerzy, którzy przychodzą i przyjmują zamówienie na wiersz. Jest jeden problem bo napiwkami jest część naszego życia.

W kontaktach z Tobą najbardziej ujmuje Twoja bezpośredniość. Jesteś osobą ciepłą, otwartą, bardzo życzliwą, nie stawiasz muru między sobą a innymi. Wbrew modzie, bo na czasie jest „gwiazdorstwo”. Gdybyś miała podliczyć zyski i straty takiej postawy, która szala by przeważyła?

Postawa życiowa dyktuje mi postawę wobec ludzi. To pytanie jest pytaniem o to co by przeważyło gdybym na szali położyła swoje życie! Moja postawa jest moją prawdą. Wyznaję zasadę: zasypiać by kochać i budzić się by kochać. Prawdziwa sztuka bierze się z miłości do świata. Nie tylko z miłości ale ze współodczuwania, czułości, współczucia. Otwartość ma coś ze spontanicznego dzielenia się tym co najlepsze. I właśnie takim najważniejszym aktem „dzielenia się” jest pisanie. Pisząc dziele się tym, co jest we mnie najważniejsze i najpiękniejsze. Może nie tyle dla mnie co dla mojej twórczości ważny jest drugi człowiek. Ważny jest moment spotkania. Spotkania, które nazwałabym spotkaniem kosmicznym bo w tym jednym momencie przecinają się jakby dwie proste nieskończone. Kiedyś w jakimś tekście nazwałam się „poetką spotkania” i chyba jest to właściwe określenie. To właśnie na spotkaniu buduję treść całego tomu: „Pisane na piasku”. W twoim pytaniu pobrzmiewa sugestia, że taka postawa otwartości skazana jest na porażkę, i być może często się tak zdarza. Ale bycie wśród ludzi to dawanie tym ludziom kolejnych szans. Oczywiście jest we mnie pamięć zdarzeń, które nigdy nie zapomnę i które na zawsze pozostawią we mnie ślad nieufności do drugiego człowieka. Mam też pamięć zdarzeń, które człowieka stawiają w jakimś nadludzkim pięknie.

Masz wykształcenie muzyczne. Zastanawiasz się czasem, jak wyglądałoby Twoje życie, gdybyś została w zawodzie i była pianistką?

Dzień w dzień osiem godzin przy katafalku czyli fortepianie, a potem od czasu do czasu zakurzone czarne lakierki, jakaś suknia, trema, koncert. Muzyka jest trudną dyscypliną sztuki, trudną i niewdzięczną bo jakby jest całkowicie nieuchwytna. Wydarza się tylko tu i teraz, w tym a nie innym czasie, a potem następuje cisza, i oczekiwanie na kolejny koncert. Ze słowem jest inaczej raz zapisane istnieje, działa, emanuje. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że nie mogę wysłowić dźwiękami tego, co mogę wyrazić słowami.

Bardzo lubię czytać Twój blog, ostatnio jednak zauważyła, że parę osób bardzo ostro cię na nim atakuje. Jak radzi sobie z tym Ewa Sonnenberg? Czy po tylu latach aktywnego występowania na scenie literackiej, nadal boleśnie odczuwasz ataki na siebie i Twoją twórczość?

Sztuka, która nie budzi emocji nie jest sztuką! Bez względu na to czy te emocje są pozytywne czy negatywne. Takie jest zadanie sztuki. To oczywiste, że nie wszystkim podoba się to co piszę i wcale nie mam aspiracji pisania dla wszystkich. Co do ataków, jestem wyćwiczona w odpieraniu wszelkich ataków. Cóż lata pracy i doświadczeń. Bliska jest mi postawa Ghandiego czy mistrzów zen. Po prostu nie – działanie. Ten brak reakcji jest być może wyrazem mojego egotyzmu dlatego, że jakby sama jestem na tyle krytyczna wobec siebie, że jestem samoświadoma co jest dobre a co do kitu. W końcu to ja jestem kapitanem tego statku zwanego moją poezją!

Piszesz bardzo różnorodne rzeczy, bogactwo twoich stylistyk jest zdumiewające jak to robisz i dlaczego?

Lubię zmiany, lubię kreować różne rodzaje przestrzeni, ekspresji, stylistyk, aż wreszcie światów. Na przykład w „Bajce dla zakochanych’ jestem dzieckiem, w „Encyklopedii szaleńca’ jestem szaleńcem, w „Pisaniu na piasku” jestem starcem. Oto na czym polega zawód poety: bycie wszystkim i niczym. Sztuka jest rzeczywistością wirtualną. W pewnym momencie stoimy przed dylematem pisać sobą z wtedy czy pisać sobą z teraz? Czas nas zmienia a my nie koniecznie chcemy to przyjąć do wiadomości. Przyjąć do wiadomości to wyjść naprzeciw nowym wyzwaniom, nowym odkryciom, nowym tekstom. Niektórzy wolą pozostawać w od dawna wytyczonych koleinach myślowych, poetyckich, językowych. I ja niekiedy mam takie odczucie, że powielam jakby samą siebie. A w sztuce chodzi o pewien rodzaj ryzyka, zaskoczenia, niespodzianki. O ciągłe przeobrażanie siebie. Ciągłe przetwarzanie siebie na nieskończoną liczbę możliwości twórczych.

Czym w swoich wierszach chcesz się podzielić z czytelnikiem?

Tym czym dzieli się ze mną świat. Świat, w którym otwiera się tak wiele przestrzeni, tuneli, labiryntów. E.Jabes napisał, że „(…) w Księdze nie ma widzialnych bram”. Nie zgadzam się z nim w prawdziwym tekście jest niezliczona ilość bram, sekretnych furtek i tajemniczych drzwi. Tekst otwiera na nową przestrzeń. Chodzi więc o perspektywę, o znalezienie innego widnokręgu, innych punktów odniesienia. O ten drugi, niewidzialny świat, który jest tak blisko, a o istnieniu którego nie zdajemy sobie sprawy.

Ewa, nie mogę nie zapytać…gdy widziałyśmy się niedawno w Warszawie nie poznałam Cię. Nowa fryzura, nowy styl, a właściwie powrót do dawnego….wyglądasz jak żywcem wyjęta z Berlina z lat 30. O co tu chodzi?

Cholera nie zadawaj mi pytań jakie zadali by mi jacyś napaleni faceci. Fryzura, wygląd, ubiór. Co do ma do rzeczy. Jakoś trzeba wyglądać w tym dansce macabre. A tak całkiem serio albo też nie serio to jeśli to Berlin Francisa Bacona i jego kochasiów lub Marleny Dietrich i jej ekscesów to czemu nie? Lubię tamte klimaty berlińskie z lat 30. Dekadenckie i groźne bo tuz tuż czaiło się niebezpieczeństwo. Co do wyglądu mam coś z kameleona. Z dnia na dzień mogę wyglądać całkiem inaczej. Wygląd zewnętrzny to również kreowanie pewnej rzeczywistości, to przedłużanie swojej osobowości. Wygląd też może być poematem. Na przykład piękna hinduska w sari idąca ruchliwą ulicą jest jak wiersz. Z wyglądem też można eksperymentować, zabawiać się. Byłam już niegrzeczną dziewczynką, złym chłopcem, dandysem, wariatką, Giocondą, klaunem, cyborgiem itd. można by wyliczać kolejne wcielenia Ewy Sonnenberg. A tak naprawdę jestem tym kim chcę być, a nie tym kim chciałoby otoczenie i mimo tych przebrań wciąż jestem sobą. Kim jest prawdziwa Sonnenberg? Odpowiedzią są moje wiersze.

A jeśli już wspomniałam Berlin, to pociągnijmy temat. Berlin jest dla Ciebie szczególnym miejscem, prawda?

Berlin to moja młodość! Wszelkiego rodzaju szaleństwa i ekscesy młodości! Nocne kluby, kluby tylko dla kobiet, świat bez mężczyzn. Tak Berlin lat 90 tych był dla mnie synonimem stolicy kobiet: feministek, lesbijek. Znałam wiele wspaniałych dziewczyn, poetek, pisarek, malarek, aktorek. O jednej nigdy nie zapomnę. Pamiętam noc gdy zabrała mnie czarnym, lśniącym mercedesem w nocną podróż rozświetlonymi ulicami Berlina. Chyba zrobiłyśmy ze sto kółek wokół złotego anioła na Siegesaule, a ona opowiadałam scenariusz poetyckiego filmu, który akurat kręciła. Ten czarny mercedes, nasze czarne skóry, które miałyśmy na sobie, czarne, krótko ścięte włosy….to były czasy! Rzeczywiście panował wtedy jakiś szczególny klimat. Berlin to również moje samotne wędrówki ciemnymi korytarzami muzeów. Berlin ma genialne muzea i wystawy. No i te wszelkie festiwale filmowe. Pamiętam na przykład festiwal filmów o wampirach, ludzie którzy przychodzili oglądać filmy przebierali się za wampiry, a projekcja filmów odbywała się w ruinach jakiegoś starego, gotyckiego kościoła, widownia siedziała po prostu w kościelnych ławkach!
W Berlinie wydarzyło się tak wiele, że można by napisać książkę!

I tak zupełnie na koniec, bardziej osobiście. Czego nauczył cię czas?

Mówi się, że prawdziwy mędrzec naucza bez słów. Być może jednym z mędrców jest właśnie czas. Pytanie bardzo piękne i poetyckie. Pytasz mnie o istotę mojego ja, o tożsamość, o związki ze światem i ludźmi. Trudna sprawa. Nauczył mnie piękna mądrej samotności, że na nic nigdy nie jest za późno i że wszystko można zacząć od początku. Dzięki czasowi zrozumiałam, ze zarówno smutek jak i radość trzeba przeżywać mądrze, świadomie, refleksyjnie i do końca. Unikania hałasu, rozgłosu, szumów cywilizacji. Nie wiem czy to dobrze, ale nauczył mnie milczenia. Bo widzisz nawet w tym wywiadzie nie mam pewności, czy mówię całą sobą, czy tylko tą jakąś „ja” z teraz. Czasami mam odczucie, że słowa tylko przeszkadzają. Są jakby murem między człowiekiem a człowiekiem, dlatego jedynym, prawdziwym medium słowa jest dla mnie poezja. Czy rzeczywiście tym nauczycielem był czas? Tego nie wiem. Mam wrażenie, że tym najważniejszym nauczycielem był, jest i będzie ktoś inny. A czas? Trzeba dawać mu szansę zmian i nie obawiać się tych zmian. Ostatnio piszę wiersz, który o paradoksie zaczyna się od słów:

Teraz gdy wszystko jest nieważne
bo to co najważniejsze ujawniło moją powinność
czas stał się ulicznym grajkiem.