Languages

hasła na stronie

Betonowe pastwiska żywią powtarzającym się motywem:
- Na prawo, marsz! Na lewo, marsz! W tył zwrot!

Lądowanie na Księżycu - styczeń 2007

Kraków. Po przyjeździe odczułam jakąś pustkę.

Grunt to umieć się ze wszystkiego śmiać. Koncert w Villi Decjusza był idealnym powodem do śmiechu. Koncert udany choć to był bardziej performance niż koncert. Oczywiście myliłam się ile wlazło, ale bawiło mnie to raczej niż martwiło. Kaczka natomiast potraktował koncert strasznie na serio i kompletnie podupadł na duchu. Przecież nie chodziło w tym występie o żadne serio raczej o zakpienie z koturnowości tych schubertowskich pieśni. Na koncercie pojawił się Adaś Wiedemann z Tobiaszem, Piotr Marecki oraz liczna, bardzo czcigodna publika, co nadało całej tej sytuacji jeszcze większą karykaturalność i teatralności tego szeroko zakrojonego absurdu. Na koniec zaśpiewaliśmy pieśń Schumanna, zresztą moją ulubioną, Nie rzucam klątw, dedykowaną przez Kaczkę ślicznemu faworkowi z drugiego rzędu. Faworek był z drugim ślicznym faworkiem. Słowem dwa urocze ciacha, które od razu polubiłam. Nie wiem dlaczego, ale mam jakąś dziwna słabość do chłopców z branży.
Po prostu uwielbiam ich egzaltacje, inteligencję, wysmakowanie i wyrafinowanie. Był też X, z którym nie widziałam się od stuleci. Narzekał, że boli go serce, sądziłam w pierwszej chwili, że chodzi o jakąś mało wyrafinowaną metaforę, a on na to, że był u lekarza. I rzeczywiście był blady jak cukiernica w mojej ulubionej restauracji. Zwierzył mi się, że od sylwestra nie pali i nie pije po czym wypalił paczkę papierosów i kompletnie się upił. I oto z pijanym kompletnie X szłam Grodzką. Nie było by w tym nic dziwnego poza małym szczegółem, że X był półnagi, a ja szłam obok niego w balowej sukni!!!!! I w ten sposób zawitaliśmy do pewnej restauracji, gdzie X jadł frytki, a ja cielęcinę. A sałatkę zjedliśmy do spółki. Potem przyszedł Hieronim Szczur. X ulotnił się a ja z Hieronimem martwiliśmy się wspólnie, że za trzydzieści lat nie będzie już pism literackich tylko pisma internetowe. To wiadomość z ostatniej chwili! No i pasowałam Hieronima na mojego powiernika poetyckiego. To znaczy kogoś, kto jako pierwszy będzie czytał moje teksty.

A tak w ogóle to wolę pieśni Schumanna od Schuberta. Schubert jest jeszcze klasycyzujący w swoich kompozycjach, Schumann natomiast to już romantyzm z pełnym rozmachem.
I jego pieśń: Nie rzucam klątw, może klątw nie rzucam, ale na pewno rzucam mięsem.

Wieczór poetycki w księgarni Virgo na krakowskim Rynku. Wiersze czytają Piotr Maur, Marcin Siwek oraz Ola Masoń. Wieczory poetyckie są czymś wzruszającym. Oto poeci, ludzie wrażliwi próbują stanąć twarzą w twarz z czytelnikiem, z odbiorcą. Co wynika z takiej konfrontacji? Jak zawsze zapamiętałam kilka poetyckich fraz. Marcina Siwka: słońce w butelkach czy Oli Masoń: widok tani i piękny. To "tani" mi jakoś fajnie zabrzmiało. Bo rzeczywiście jeszcze tylko za powietrze i krajobrazy i widoki nie musimy płacić, bo tak na prawdę płacimy za wszystko. Za szczęście utratą. Za miłość rozstaniem. Za poezję samotnością. Choć to tani może być dyskusyjne. Za widok czy krajobraz też płacimy.
Płacimy nasza wrażliwością. Piotr Maur przeczytał wiersz:
ścigaliśmy go pomiędzy budynkami. psy to gubiły
to odnajdywały trop (...) dopadliśmy go
(...) był uparty. milczał.
(...) gdy mdlał, cuciliśmy go i torturowaliśmy od nowa
Nie wiem dlaczego, ale ten wiersz przypomniał mi moją przeszłość. Całkiem niedaleką przeszłość. To ja byłam tym torturowanym i doświadczanym do granic wytrzymałości.
Gesty czułości były tylko po to, by znów zadać cios. Miłość tylko po to, by bardziej bolało.
Przyjaźnie tylko po to by mnie zdradzić. Nad tym wszystkim panowało jedno wyrażenie:
NIE MIEĆ SKRUPUŁÓW.

Po wieczorze poszliśmy z Piotrem Maurem i Robertem Adamczakiem na piwo. Rozmawialiśmy o poezji. Ciągle te rozmowy o poezji. Czy to lepszy temat od miłości?
W sumie to jedno i to samo. Bo czymże jest poezja jeśli nie nieustającą miłością, jeśli nie jest szaleństwem miłości nie jest poezją tylko szeleszczącym papierem.

W Krakowie rozdrażnia mnie wciąż powtarzający się motyw aniołów. Angelomania ogarnęła całe miasto. Gdzie nie spojrzysz tam wizerunek jakiegoś anioła. To jakby nieświadome bagatelizowanie tematu. Sprowadzenie tych czystych inteligencji do towaru, który się sprzedaje. Ich nadmiar banalizuje ich prawdziwy, kosmiczny wymiar. Na plakatach skrzydła anielskie, na wystawach skrzydła anielskie, na skwerach skrzydła anielskie. A co te skrzydła mają do aniołów? Czy my w ogóle wiemy jak na prawdę wygląda anioł?

Anioły są nieuchwytne, niewytłumaczalne i nieobliczalne
Przybywają z innych światów by pobawić się z naszą rzeczywistością
Nieśmiałe i odważne przybierają postać dzieci
Ich dotyk jest jak podmuch wiatru
Chodzą na palcach pozostawiając na swojej drodze płatki kwiatów
Nieme rozmawiają nie używając słów

Anioły pachną śniegiem lub fiołkami
Cierpią na delikatność i przewrażliwienie
Lżejsze od powierza unoszą się w górę zabarwiając obłoki na różowo
Otwierają serca z których wyfruwają motyle
Znają zdanie które uzdrawia znają zdanie które otwiera oczy
Niekiedy oddają chwilę swego bezczasowego istnienia i wtedy mylimy wczoraj z dziś
Anioły podróżują w ludzkich snach
Odwiedzają wiele różnych światów w ciągu maleńkiej sekundy

Z rzęs anioła prószy delikatny śnieg

Wiem o tobie więcej niż ty sam wiesz o sobie powiedział anioł i znikł
Jego ślady są na moim oddechu dlatego wiem kiedy za mną biegnie
Pozostawiając mi w rękach wiersze i wątpliwość
Jak wyglądają drzwi za którymi mieszkają anioły?

Gdy wsłuchasz się w siebie będziesz umiała rozmawiać z aniołem

Ten nowy rok zaczął się od totalnego rozczarowania pewną przyjaźnią. Przyjaźń tą traktowałam jako uosobienie czegoś idealnego, uosobienie uczciwości, zaufania, dobroci, miłości. A tu naraz... Darzyć kogoś uczuciem, sentymentem, przyjaźnią, kogoś kto wydaje się kimś idealnym, uosobieniem dobra i nagle ta cała budowla rozsypuje się na kawałki. Idiotyczne uczucie. Ale jest w tym uczuciu jakieś poczucie wolności. No właśnie. Brak przywiązania. A raczej uwiązania.

Artysta powinien realizować się jakby poza powszechnie panującymi modami w sztuce.
Być świadomym tego, co chce przekazać. Świadomym również tego, że to, co najbardziej wartościowe powstaje poza modami, poza głównym nurtem, gdzieś z oddalenia, gdzieś na obrzeżach, gdzieś w jakiejś samotni.
Każdy artysta stoi przed wyborem:
Albo ulec albo być sobą
Albo zrezygnować albo walczyć dalej
Albo iść na ugodę z rzeczywistością albo nie godzić się na nią
Albo być tłumem albo autsajderem.

Na poczcie spotykam Adama Zagajewskiego. Krótka wymiana zdań.
Był jak jakaś przesyłka z dalekiego świata. Zresztą każdy poeta jest taką tajemniczą przesyłką z jakiegoś dalekiego i nieznanego świata.

Sklepik w Manggha jest najcudowniejszym miejscem w Krakowie. Tysiące czarownych przedmiotów. No i tutaj kupiłam filiżanki, które przejechały ze mną pół Europy by wylądować w rękach pewnego czarodzieja. Czarodziej znikł jak to z czarodziejami bywa.
W sklepiku znów zobaczyłam te dwie filiżanki, z których piliśmy siebie jak napój nieśmiertelności. Na wystawie tuż za filiżankami były dwie miseczki. Mała i duża. Jedna dla Nauczyciela druga dla ucznia. Kim jest Nauczyciel, a kim uczeń? Jedna dla Starca jedna dla Dziecka. Kto jest Starcem, a kto Dzieckiem? Jedna dla wojownika jedna dla mędrca. I tutaj się spotkali:
Ona i On, On i On, Ona i Ona.

Zerwij zasłonę intelektu
Zerwij zasłonę dawnego
Zerwij zasłonę przyzwyczajeń
To nawykowe: ja i ty
Gdy tak naprawdę jest tylko Jedno Ja

Za miseczkami były też dwa wachlarze
Wachlarze ciała stają się jednym tylko na chwilę, ale gdy połączą się dwie dusze trwają wieczność.

Wachlarze to już sprawa nieśmiertelnych lub wojowników.
Wiatr to ośmioramienny wachlarz .

Najpierw dowiedziałam się przez telefon o tym mnichu. Buddyjski mnich, który po 75 latach wracał do życia. Miałam kupić gazetę by przeczytać o tym szokującym zdarzeniu artykuł.
Po drodze wstąpiłam na Wawel. Słonce oświetlało ściany. Niezliczona ilość światła, które w jakiś baśniowy sposób przenikało powietrze. Oddychałam tym światłem, jakbym oddychała swoim dzieciństwem. Idąc alejką zobaczyłam z daleka skośnookiego. Zainteresował mnie pomyślałam, że przyjrzę mu się z bliska. Ale gdy ten ktoś podszedł bliżej zauważyłam, że jest europejczykiem! Skąd więc ta skośnooka twarz? Dlaczego ją zobaczyłam? Trochę zdziwiona ruszyłam po gazetę. Gdy otworzyłam ją na stronie z artykułem zobaczyłam zdjęcie owego mnicha. Twarz, którą wcześniej zobaczyłam była twarzą tego mnicha!

Tylko mnich mógłby tak powiedzieć:
Jak ? to tajemnica

Jestem w Manggha na wystawie kimon. Kimono w odlatujące żurawie. Kimono w piwonie. Kimono w wachlarze. Różnorodność motywów jest zdumiewająca.

Film o Marii Antoninie to film o każdym z nas. O każdym kto żyje w swoim własnym świecie i nie za bardzo rozumie realiów. O każdym, kto lubi otaczać się pięknymi przedmiotami, używać drogich perfum, nosić markowe ciuchy, jadać w eleganckich restauracjach. Po prostu o kimś, kto posiadł sztukę życia z rozmachem i z fantazją.
O kimś, kto żyje jak pod kloszem niby egzotyczna roślina w szklarni. Klęska Marii Antoniny jest klęską wielu z nas. To zniszczenie owego komfortu, to rozbicie tego szklanego klosza przez ludzi, którzy jak świnie ryją przy ziemi swoje ścieżki na skróty. To wydanie na pastwę codziennych zdarzeń. To zwycięstwo przeciętności nad nieprzeciętnością.

Jakiś podejrzany gość pyta mnie: zostanie pani moją żoną?
A ja odpowiadam: nie dzisiaj, jutro

Dziwne ale tego faceta spotkałam w bramie do kawiarni internetowej. W tej samej bramie spotkałam starca, który przeniknął mnie swoim wzrokiem. Dlaczego te wszystkie osoby spotykam przy tej bramie?

Słucham muzyki zen. Dziwna, ale mimo spokoju tej muzyki ma ona więcej z szaleństwa niż z wyciszenia. To powolne błądzenie po rozmaitych dźwiękach, jakby nie posiadała w sobie porządku frazowania, nie mówiąc już o odległej wschodniej harmonii. Czy jest koanem? Thomas Merton twierdzi, że wschodnie koany są analogiczne do europejskiego ?epoche? Husserla. Wzięcia w nawias wszystkiego, co jest logiczne i nawykowe. Podoba mi się taka interpretacja.

Koncert muzyki medytacyjnej w Manggha. Wabi , Sabi, Shibumi to trzy postawy estetyczno ? etyczne. Postawy, które miały towarzyszyć nastrojom muzycznym. Ale nastrojom muzycznym towarzyszyła jedynie nuda i z mojej strony zniecierpliwienie. Może dlatego, że obok mnie usiadła matka z małym dzieckiem, które cały czas czkało. Trudno w takiej czkającej aurze odbierać muzykę medytacyjną. A może to czkanie było bliższe medytacji niż wykonywana muzyka? Występował jakiś czeski muzyk, który prezentował swoje kompozycje i kompozycje japońskie z towarzyszeniem swoich córek. Cóż jedyną wartościową rzeczą na tym koncercie były owe trzy córki czeskiego muzyka. Czy ten muzyk zdawał sobie sprawę, że jedyną prawdziwą muzyką są właśnie one?

Dziewczyna ze słonecznikiem we włosach i chłopiec o włosach jak len.
Mogłabym o nich napisać jakiś wiersz. Ale po co?

Niedziela. Kolejna niedziela. Jedna z wielu, jedna jedyna? Ta jedna jedyna już była gdzieś tam nad mediolańskim kanałem. Niedziela plus moje przeziębienie. Właściwie to nie wiem przeziębienie, angina, grypa, zapalenie tchawicy, zapalenie płuc. Chorób może być nieskończona ilość. Która tym razem mnie nawiedziła? By się tego dowiedzieć wzywam lekarza. Nawet przez głowę mi nie przyszło, że ta wizyta, w tę a nie inną niedzielę przyniesie mi jakąś nową jakość rozumienia, pojmowania i odbierania drugiego człowieka. Oto w drzwiach stanął stary mężczyzna z torbą na zakupy z kółkami. Wyglądał jak bezdomny albo jakiś sztajf. I to miał być lekarz? W pierwszej chwili coś odrzuciło mnie od niego. Pan jest lekarzem? Zapytałam. Ależ oczywiście brzmiała odpowiedź. Niby nim był ale właściwie do teraz nie jestem tego pewna. Z torby wyciągał całkowicie pogniecione recepty i inne akcesoria. A wszystko spoczywało w tej torbie w jakimś monstrualnym nieładzie. Dziwny to był lekarz. Przebadał mnie i stwierdził: jest Pani zdrowa jak byk. No nie wiem czy ze mnie jest byk. Miałabym duże wątpliwości. Po czym zaczął opowiadać historie swojego życia. A opowiadał z coraz większą zawziętością i euforią. Jak szaleniec zaczął opowiadać o śmierci żony. Być może jego szaleństwo było tęsknotą za żoną. Jakby zapomniał swojej roli społecznej gwałtownie gestykulował, robił przeróżne miny i wciąż opowiadał o swojej zonie. Tak był jak szaleniec. Jego szaleństwo było prawdziwe i autentyczne. Zastanowił mnie, bo właśnie pisałam wiersz o szaleństwie, ale dopiero spotykając tego lekarze zrozumiałam czym jest prawdziwe szaleństwo. Tym bardziej odczułam papierowość swojego wiersza. Ale również zobaczyłam w nim siebie. Chciał wypisać mi receptę, ale nie mógł znaleźć swojego długopisu więc pożyczył ode mnie. Długopis, którym piszę wiersze teraz miał posłużyć do wypisania recepty. Ciekawe co jest bardziej poetyckie treść wiersza czy treść recepty? W jego wykonaniu odczułam że treść recepty wypisana ręką tego szalonego lekarza.

Cenię ateistów za odwagę, ale nie potrafię ich zrozumieć. Zresztą nie wystarczy zrozumieć, trzeba pójść dalej.

Jestem na potwornie nudnym wykładzie o historii kimona w Japonii.

Pisanie to jakby być komuś coś dłużnym, więc pisząc spłacamy ten metafizyczny dług.

Uczynność wobec okoliczności zwanej czasem
Zwabia mnie pod obce dachy i każe kokietować teraźniejsze
Teraźniejsze wchodzi siada vis a vis zamawia małą czarną
Patrzy w przeszłość jakby pozostawiło w niej swój bagaż
Otwieram gazetę na stronie gdzie udzielam wywiadu
Bagaż intelektualny bagaż uczuciowy
który z tych bagaży chciałbyś oddać do przechowalni?
Od nowa uczę się pisania tak jak od nowa uczę się siebie
Od nowa smakuję każdą sekundę
od nowa nakręcam zegarek na właściwą godzinę
ile tych "od nowa" by wreszcie dogonić siebie
w wywiadzie mówię o kimś kto nazywa się Ewa
ale czy to ta sama Ewa która to czyta?

Różnica między mówionym a wypowiedzianym.

Robię wywiad z profesorem Władysławem Stróżewskim. Rozmawiamy o sztuce. Profesor ciekawie mówi o pisaniu. Tym różni się prawdziwy poeta od grafomana, że grafoman pisze to co widzi, poeta ujmuje rzeczywistość pod jakimś, sobie tylko znanym kątem. Ten specyficzny sposób patrzenia na rzeczywistość przez poetów i artystów jest wartością artystyczną. Mówi też o dziełach, które wpłynęły na epokę: Homer, Dante, Mickiewicz. Ciekawe, czy w dzisiejszych czasach można napisać takie dzieło?

Czym jest mistyka?
Być może ręką, która dla przeciętnego człowieka jest niewidzialna, a dla mistyka staje się ręką, która jawnie prowadzi. Być może głosem, który nie tyle słyszymy, co w sobie widzimy.

Odnoszę dziwne wrażenie jakbym w każdej chwili stawała się kimś innym.

Żyjemy w trudnych czasach tyle wiedzy, tyle informacji, tyle tradycji, trudno to unieść, przetworzyć, przyjąć a może należy to wszystko po prostu odrzucić. Biblioteki, muzea, galerie, te niepoliczalne skupiska ludzkiej myśli. Ale czy myśl ludzka zmierza we właściwą stronę?

W ciągu jednego wieczoru być na dwóch wieczorach poetyckich to dopiero wyczyn!
Najpierw spotkanie przy okazji wydania książki "Pole Magnetyczne" o Miłoszu i Brodskim. Czcigodne grono, które zebrało się przy figlarnym stole i równie figlarnych krzesełkach użalało się jak to odchodzą mistrzowie, jak to ktoś siedział z Miłoszem na kanapce i... czytał wiersze, jak to Miłosz nie znosił eukaliptusów, jak to Miłosz napisał laurkę Brodskiemu, a Brodski Miłoszowi, to znów nastąpiła fala egzaltowanych zachwytów nad poezją poetów, ach ach och och zdawało się dochodzić z każdej szpary sali widowiskowej na Straszewskiego, to och och ach ach jakby domagało się od publiczności śpiewania na kilka głosów: ach ach och och, to znów rozdzierano szaty, że Miłosz i Brodski byli wygnańcami. Wygnańcami? Być może, ale na wyjątkowo luksusowych warunkach. Cóż, ja jestem wygnańcem we własnym kraju bez perspektywy na pracę czy uczciwe przyjęcie moich wierszy. Więc, które wygnanie jest boleśniejsze i prawdziwsze? Czuć się we własnym kraju jak na obcej planecie. Przychodzić na takie lub inne podobne spotkania gdzie ktoś udaje, że cię nie dostrzega, ktoś nie odpowiada na twoje "dzień dobry", ktoś się głupio uśmiecha.
Ale mimo to, że zakosztowałam małe co nieco wkurwienia i niesmaku ujął mnie krótki film z Brodskim. Opowiadał o swojej emigracyjnej sytuacji, o totalnej samotności gdy nagle za sprawą jednego gestu zdał sobie sprawę, że ten gest byłby taki sam na każdej szerokości geograficznej. Że na każdej szerokości geograficznej byłby tym samym Josifem Brodskim i pojęcie emigracji jako takiej nie istnieje. Coś w tym jest w końcu jesteśmy mieszkańcami jednej i tej samej planety, a nie tego czy innego państwa.

Kolejne spotkanie to promocja książki Adama Wiedemanna "Sceny łózkowe". Niestety czas mnie gonił, bo spieszyłam z wizyta do przeziębionego przyjaciela z torbą wypchaną cytrynami i innymi owocowymi dodatkami, więc posłuchałam kilku całkiem fajnych i zabawnych powiastek sennych Adasia i jego inteligentne odpowiedzi na równie inteligentne pytania. Fajne i zabawne powiastki z jego ksiązki czytał aktor leżąc w łóżku, które zostało specjalnie przyniesione niewiadomo skąd na okazje owego wieczoru. Spotkałam też Kaczkę, który ma w planach nagrania piosenki roku. I w ogóle w "Lokatorze" temperatura dochodziła do temperatury wrzenia.

Kupiłam kiedyś w antykwariacie na Brackiej starą kartkę, na której jest japonka w kimonie i z parasolką. Kokieteryjnie przechyla głowę w lewą stronę zupełnie tak jak Orion. I nagle zdałam sobie sprawę, że to nie jest japonka, ale mężczyzna przebrany za japonkę! Tajemnica tkwi w pasie obi, Orion ma w swoim pasie trzy gwiazdy, czyżby to był pas obi? Jaka historia jest na nim opowiedziana. Tyle ile jest gwiazd w Orionie tyle jest moich natchnień. I nagle ta mała filigranowa figurka zaczęła iść w moja stronę...

Manggha spotykam się na japońskim obiedzie z Hieronimem Szczurem. Uczę go jeść pałeczkami, ale albo on jest opornym uczniem, albo ja jestem złym nauczycielem, bo za nic nie mógł pojąć mechanizmu posługiwania się tymi dwiema magicznymi różdżkami. Oczywiście zamówiliśmy sushi, a na deser dorayaki. Ja podarowałam Hieronimowi z okazji jego cichych urodzin książkę Akutakawy Ryunosuke "Życie szaleńca". Odkryłam go przed pięcioma laty i od razu odczułam jakąś duchową poufałość. Po prostu byliśmy jakby ulepieni z tej samej gliny przy całej różnicy, że on ma skośne, a ja migdałowe oczy. No i to zdjęcie z papierosem. Jakby pytał mnie ze zdjęcia: poczęstujesz się? Chcesz ognia? W jego tekstach jest przestrzeń. Między wersami jakby zatrzymywał się czas. Może to nawet pustka. Pustka, której nie trzeba dopowiadać. Z Hieronimem rozmawiamy o literaturze włoskiej. Hieronim stwierdza, że Pavese jest bardziej poetycki w prozie niż w swoich wierszach. Pomyślałam, że być może jestem bardziej poetycka w życiu niż w swoich tekstach. Dochodzimy do wniosku że lata 40-te wydały mnóstwo poetów, lata 50-te to kompletna pustynia, i znów lata 60-te były wysypem poetów. Może to z powodu lądowania na Księżycu...